Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

19 razy Katherine - John Green

 „Wpadamy w pułapkę bycia jakimś, na przykład fajnym, wyjątkowym, i tak dalej, aż w końcu nawet nie wiemy, do czego to nam potrzebne.''

Po książki ulubionych pisarzy mogę sięgać nie czytając ich opisów. John Green należy do tego grona i tak naprawdę żadna jego powieść mnie dotychczas nie zawiodła, aż do teraz. Totalnie nie wiedziałam o czym będzie 19 razy Katherine, a byłam podekscytowana na samą myśl o tym, że przeczytam coś nowego tego autora. Może nie odliczałam dni do premiery tej pozycji, ale kiedy wyjęłam ją z paczki, nie mogłam doczekać się, kiedy zacznę ją czytać. Tylko kiedy już zaczęłam, miałam problem z tym, żeby dotrwać do końca...

Główny bohater - Colin, to cudowne dziecko, ale nie geniusz. Ma dziwną skłonność do chodzenia z dziewczynami o imieniu Katherine, miał ich dziewiętnaście i wszystkie go rzuciły. Różni się od swoich rówieśników, fascynują go anagramy i mówi o rzeczach, które nikogo nie obchodzą (uświadamia go o tym Hassan - najlepszy przyjaciel). To właśnie z nim wyrusza w podróż po Ameryce, podczas której pracuje nad Teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine, dzięki któremu chce przewidzieć przyszłość każdego związku i znaleźć dziewczynę, która go nie rzuci. Podczas podróży spotka wielu ludzi, odwiedzi grób arcyksięcia, zawrze nowe przyjaźnie i spróbuje odnaleźć samego siebie.

Gdybym miała w skrócie napisać, co sądzę o tej książce, to pewnie wystarczyłoby napisać, że mi się nie podoba i jest irytująco wkurzająca. A na to składa się przede wszystkim Colin Singleton, który trafia na listę najgorszych bohaterów książkowych. Serio, jeszcze aż tak bardzo marudzącej postaci męskiej chyba nie spotkałam. Poza tym rysował wykresy, tworzył wzory (!) i pracował nad jakimś bezsensownym Teorematem, żeby później mieć szczęśliwy związek. No przepraszam bardzo, ale komu chce się czytać fragmenty poświęcone matematyce, z których nie wynika nic i powstaje wzór, którego nie rozumie nikt, oprócz Colina? Mnie się nie chciało.

Warto jednak zwrócić uwagę na Hassana, którego polubiłam już na samym początku ze względu na jego specyficzne poczucie humoru, dzięki któremu książka nie wypadła tak niemiłosiernie nudno, jak się na to zapowiadało. To właśnie on wytykał Colinowi bycie egocentrycznym lub niewdzięcznym dupkiem (Hassan, kocham cię za to!) i sama jego obecność wywoływała uśmiech na twarzy. Ciekawą postacią była również pewna dziewczyna, która próbowała zrozumieć samą siebie, a przy tym zachowywała się normalnie (a nie tak jak wiadomo kto).

To, co najbardziej spodobało mi się w 19 razy Katherine to odnajdywanie własnego ja, dzięki przeprowadzanym rozmowom głównych bohaterów z mieszkańcami pewnego miasteczka oraz miedzy sobą. Również humor, który pojawił się tutaj przede wszystkim dzięki Hassanowi, a później nawet dzięki Colinowi! I zakończenie utworu też mogę uznać za atut książki, chociaż było lekko przewidywalne.

Pomimo wymienionych przeze mnie plusów, nowa powieść Greena wypada słabo, a nawet bardzo, gdy porównam ją z tymi wcześniejszymi. Może i jest tutaj przesłanie, ale zostało mu poświęcone niewiele uwagi. Całość skupia się raczej na beznadziejnym Colinie i nawet to, że później staje się postacią odrobinę ciekawszą, nie zmienia mojego nastawienia do niego. Czy polecam? Ogólnie nie, lepiej sięgnąć po inne, lepsze książki Johna. Chyba, że uwielbiacie jego styl i język - może wam spodoba się bardziej niż mi.
Ocena 3/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Bukowy las.

niedziela, 18 maja 2014

Kocham Cię Lilith - Radek Rak

Nie umiem nie oceniać książek po okładkach. Nawet zaczęłam się do tego przyznawać, bo jeśli spodoba mi się zdjęcie, albo sposób w jaki została wykonana to wiem, że ją przeczytam. Mogę nie wiedzieć o czym będzie, ale dam jej szansę. To chyba mój błąd, bo nie zawsze okazuje się być tak kolorowo jak na pierwszy rzut oka to wygląda. Tak było z debiutem Radka Raka Kocham Cię Lilith, który wywarł na mnie raczej średnie wrażenie.

Główny bohater, Robert, przyjeżdża do sanatorium, by odpocząć i skorzystać ze wszystkich zabiegów, które mają pomóc w lepszym samopoczuciu. Nie jest to jednak łatwe, gdy dzieli się czas pomiędzy spotkaniami z malarką Iwoną, a lekarką Małgorzatą. Do tego dochodzi lektura powieści o lwowskim detektywie, który pojawia się w życiu Roberta i udziela mu miłosnych rad. Najbardziej intrygujące jest to, że Iwona w pewnym momencie znika, a nikt nie kojarzy, żeby taka kobieta w ogóle istniała. Co jest więc wizją, a co prawdą?

Ja nadal na przykład nie wiem. Oczekiwałam luźnej i niezobowiązującej historii, przy której miło spędzę czas i będę się dobrze bawić. Nie było tak do końca. Bo książka ta w większej mierze oparta jest na wizjach Roberta, które przeplatają się co jakiś czas z tym co rzeczywiste. I byłoby to dobre gdyby nie to, że wszystko to z czasem się ze sobą plącze, a ja nie wiem czy przyszła kolej na przedziwną fantastykę, czy na co. Gdy do tego doda się kreację głównego bohatera, która w ogóle mi się nie spodobała, to książka zaczyna podobać się coraz mniej. Kuracjusz mający ponad trzydzieści lat zachowuje się jak nastolatek, który ma swoje niespełnione marzenia o kobietach, a jego rozmowy nie przypominają rozmów dorosłych, tylko nastoletnich ludzi.



Inni piszą, że Radek Rak posługuje się pięknym, oryginalnym językiem. Może i tak, bo widać że powieść napisana jest zupełnie inaczej niż inne tego typu. Widać, że autor lubi bawić się językiem i chwilami podobało mi się to, że ze zwykłego zdania potrafił zbudować takie ładne, bardziej docierające do czytelnika. Umiejętnie też połączył ze sobą drugi świat przedstawiony - czytaną przez Roberta książkę, z której wyłania się postać detektywa Jesipowicza. Obie postacie pochodzące z innych utworów ze sobą rozmawiały, kłóciły się i udzielały rad, a wyszło to naprawdę ciekawie i zostało zakończone tak, aby wywołać w czytelniku jeszcze większe zainteresowanie.

Największym atutem Kocham Cię Lilith były wierzenia lokalne sprzed wieków, w które wierzyli mieszkańcy Beskidu Niskiego. To właśnie z nimi styka się Robert i słucha opowieści o rusałkach i o tym co mogą robić. W podróży kuracjusza nieustannie prawda miesza się z mitami. Dla mnie właśnie było tego za dużo pomimo niesamowitych opowieści o Lilith, to jednak wolałabym, aby coś przez pobyt w sanatorium wydarzyło się naprawdę, a nie tylko w głowie bohatera.

Kocham Cię Lilith to książka średnia, po której spodziewałam się czegoś więcej. Fajne jest to, że pisarz nie podążył za tłumem innych pisarzy, a napisał coś, co zasługuje z pewnością na uwagę, bo jest inne i nowe na polskim rynku wydawniczym. Mnie nie do końca przekonał debiut Radka Raka, może po części dlatego, że spodziewałam się czegoś innego, ale też nie podobała mi się kreacja Roberta i parę innych rzeczy. Jest tutaj też za dużo erotyzmu, na którym miałam wrażenie została oparta cała historia.

Dlatego też specjalnie nie zachęcam do przeczytania jej. Ale może już czytaliście i macie zupełnie inne wrażenia niż ja? :) 

Recenzja napisana dla:
http://www.a-g-w.info/

sobota, 16 listopada 2013

7 razy dziś - Lauren Oliver


Tytuł oryginału: Before I fall
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 23 lutego 2011
„(...) uderza mnie, jak dziwni potrafią być ludzie. Widujesz ich każdego dnia - wydaje ci się, że ich znasz - a potem okazuje się, że nie znasz ich wcale.”

Mam dość spory problem. Kiedy rok temu kupiłam książkę Lauren Oliver 7 razy dziś, nie mogłam doczekać się, kiedy po nią sięgnę. Minęło kilkanaście miesięcy, zaczęłam ją czytać i zamiast się wciągnąć w historię, męczyłam ją przez kilka tygodni i zastanawiałam się, jakim cudem ta powieść stała się międzynarodowym bestsellerem. Wiecie, nadal nie wiem. I chyba się nie dowiem, ale tak czy siak bardzo się zawiodłam, a mój entuzjazm do autorki i jej twórczości stanowczo opadł. Jedynie końcówka uratowała jako tako to wszystko - ale o tym w dalszej części recenzji.

Poznajcie Sam Kingston, która jest piękną i popularną dziewczyną mającą trzy oddane jej przyjaciółki i chłopaka, którego chciałaby mieć każda jej rówieśniczka. Jej życie jest usłane różami, wydaje jej się, że może mieć wszystko, a jej złe zachowanie przejdzie niezauważone. Tak jest do czasu. Bo jeden z jej wspaniałych dni kończy się nie tak jak sobie zaplanowała... Po nocnej imprezie u jednego ze znajomych budzi się i odkrywa, że znów jest ten sam dzień - piątek 12 lutego. Dzień, który będzie musiała przeżyć jeszcze raz i jeszcze raz i...

Gdyby ktoś powiedział mi, że będę się tak męczyć przy czytaniu tej książki - nigdy nie sięgnęłabym po nią. Zaczęło się ciekawie, ale już po kilku stronach zobaczyłam, że robi się tragicznie nudno. Jeszcze nigdy w życiu aż tak bardzo nie irytowała mnie główna bohaterka - istna lalunia z dobrego domu, której można dosłownie wszystko, włączając w to wyśmiewanie się ze słabszych i niszczenie innym życia. Dodajmy do tego jej koleżanki, które były jeszcze gorsze i chłopaka - o którym nawet szkoda cokolwiek pisać. Cieszę się jednak z tego, że Sam zaczęła się zmieniać, a przy tym jej zachowanie i stosunek do całego świata - bo gdyby tak nie było, zakończyłabym przygodę z tą powieścią po 3 rozdziałach.

Muszę również przyznać, że pomysł autorki, jakim było przeżywanie siedem razy tego samego dnia niezbyt mnie przekonał. Przez to było strasznie monotonnie, zmieniały się tylko pojedyncze zdarzenia i naprawdę odechciewało się zapoznawać z kolejnymi fragmentami. Minusem będą również dialogi pomiędzy bohaterami, które są zbyt proste i infantylne, a czytanie ich źle wpływa na czytelnika. W sumie nie ma się czemu dziwić, kiedy postaciami są nastolatkowie uważający się za panów świata. Niemniej jednak Lauren Oliver mogła postarać się bardziej i oddać te wszystkie sytuacje w normalny, codzienny sposób, jednak ona je jeszcze często wyolbrzymiała, a przez to stawały się sztuczne. 

Jedynym naprawdę dużym plusem jest wątek poświęcony Kentowi, który jest nietuzinkową osobą w tej opowieści, na którą warto zwrócić uwagę. Jego obecność wpłynie w jakimś stopniu na zmianę zachowania u Sam. Dziewczyna zda sobie sprawę z tego, co utraciła w swoim życiu - bo nie tylko samą siebie, ale również rodzinę i wartości, które powinny być dla niej najważniejsze. Ostatnie rozdziały wyraźnie pokazują nam te wszystkie relacje, przemyślenia i myślę, że jest to najbardziej interesujące w całej książce.

7 razy dziś to powieść dość przeciętna - nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie kończy się jakoś specjalnie zaskakująco, ma niezbyt ciekawych bohaterów i irytujący język. Z pewnością nie przeczytałabym tej historii drugi raz, jest wiele jeszcze innych, bardziej wartościowych lektur, żeby zawracać sobie głowę właśnie tą. Wiem, że dużo czytelników wręcz uwielbia tę pozycję, ale ja do nich z pewnością nie należę. A wybór sięgnięcia po nią - pozostawiam Wam.
Moja ocena 3/6, 4/10

„[...] jeśli przekroczysz pewną granicę i nic się nie dzieje, to granica traci znaczenie.”
^_^

czwartek, 2 maja 2013

Circus Maximus - Damian Dibben


Tytuł oryginału: Circus Maximus
Seria/cykl wydawniczy: Strażnicy historii II
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 20 lutego 2013

Niech zabije was ignorancja - krzyknęła do tłumu i zniknęła we wnętrzu budynku.''

Po przeczytaniu pierwszej części Strażników historii miałam nadzieję, że kontynuacja będzie lepsza i na pewno bardziej ciekawa. O ile tam na ocenę mógł wpłynąć format książki, który niespecjalnie przypadł mi do gustu, o tyle tutaj w znacznej części przyczyniły się do tego liczne mankamenty. Mogłabym nawet rzec, iż to końcówka była jedynym, pozytywnym aspektem powieści. O tym napiszę jednak nieco niżej.

Przygoda Jake'a ze strażnikami historii jeszcze się nie skończyła - tym razem jego zadaniem będzie odebranie atomium, dzięki któremu mogą podróżować w czasie. Misja jest ważna, ponieważ zasoby tej substancji jeszcze nigdy nie były tak małe. W tym celu przenosi się wraz z towarzyszami do XVIII - wiecznej Szwecji, w której wydarzy się więcej niż by tego chcieli. Ponadto dowiadują się, że Agata Zeldt chce przejąć kontrolę nad całym światem dzięki legionom rzymskim. Strażnicy muszą zrobić wszystko co w ich mocy, aby pokrzyżować jej plany, dlatego przenoszą się do Rzymu w 27 roku naszej ery, gdzie będą musieli wtopić się w tłum i przygotować plan, dzięki któremu otrzymają możliwość wygrania z najbardziej niebezpieczną kobietą w historii...

Circus Maximus to powieść bez wątpienia lekka, obfitująca w wiele przygód i szybko mknącą akcję, ale też posiadająca wiele minusów. Od samego początku książki większość elementów do siebie nie pasowała, a zachowanie głównego bohatera było sztuczne i przez to zamiast skupić się na czytaniu, ja wymyślałam historie jak spada ze statku, czy ginie z rąk sępów... Przynajmniej byłoby ciekawie i zostałabym uwolniona od bohatera, który dosłownie wszystko robi źle, później opłakuje sam siebie, po czym znowu jest świetny, gdyż udało mu się nikogo nie zabić i nic nie zepsuć! A jego przemyślenia o Topaz, dziewczynie która skradła mu serce były do potęgi entej żałosne i śmieszne. Rozumiem, że ktoś mu się może podobać, że chce ją uratować, ale przez to że nie potrafi nikogo słuchać, sam wpada w tarapaty i pociąga za sobą przyjaciół. Pomimo tego ma kilka cech, które wpływają na jego korzyść, jak na przykład odwaga, ale to tylko chwilowe przebłyski normalnego zachowania.

Język nadal jest prosty, a niektóre wypowiedzi postaci wołały o pomstę do nieba. Szkoda, że autor nie zadbał o to, aby relacje bohaterów były bardziej realistyczne... Nie mam tutaj na myśli tylko tych młodszych, ale również starszych, którzy w prawdziwym świecie na pewno nie zachowują się tak dziwacznie. Niemniej jednak warto wspomnieć o końcowych wydarzeniach, które wywarły na mnie dość duże wrażenie, a mowa tu o zgiełku na stadionie Circus Maximus i próbie wygrania z Agatą Zeldt. Zakończenie również jest zapowiedzią następnej części, w której może wydarzyć się wiele, jednak ja po nią z pewnością nie sięgnę. 

Drugi tom o strażnikach historii wypadł gorzej niż pierwszy, a miałam co do niego dość spore oczekiwania. Cykl nie jest ambitny, jedni miło spędzą z nim czas, a drudzy (tak jak ja) będą wyłapywać jakieś minusy, takie jak chociażby nie rozwijanie wielu wątków. Damiana Dibbena można jednak pochwalić za dobre przekazanie nam wielu informacji i ukazanie świata starożytnego w tak niecodzienny i świetny sposób. Dzięki temu można było podziwiać wspaniałe budynki, widoki i ludzi, którzy aż tak bardzo nie różnią się od tych współczesnych. Wiem, że wielu uwielbia tę serię i na pewno nie będę odradzać sięgnięcia po nią, bo każdy z nas ma inny gust. Myślę więc, że warto samemu przekonać się, czy historia o Jake'u przypadnie Wam du gustu.
Moja ocena 3/6, 4/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

Strażnicy historii:
 Nadciąga burza | Circus Maximus

niedziela, 25 listopada 2012

Zaproszenie na morderstwo - Carmen Posadas


Tytuł oryginału: Invitación a un asesinato
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: lipiec 2012
Książka dostępna tutaj: .klik.
 ,,Nie idąc aż tak daleko i nie wdając się w przypadki równie naganne, trzeba powiedzieć, że każdy, rozumiesz mnie?, każdy ma swoje ,,nad'' i ,,pod''''

Kryminały to gatunek, po który sięgam naprawdę rzadko ze względu na to, że najzwyczajniej w świecie wolę czytać fantastykę - o dziwnych stworach, o tragicznej miłości i innych tego typu rzeczach. Zawsze mając do wyboru te dwa gatunki wybiorę właśnie ten drugi, bo tylko przy nim mogę uciec od szarej rzeczywistości i czytać o losach bohaterów z wypiekami na twarzy. W kryminałach raczej się to nie zdarza, niemniej jednak raz na jakiś czas sięgam po jakiś. Tym razem padło na Zaproszenie na morderstwo, po zapoznaniu się z opisem stwierdziłam, że może akurat mi się spodoba. Nie do końca tak się stało, ale o tym trochę niżej. Tymczasem zapoznam Was z tym co i kogo można spotkać na kartkach tej pozycji.

Olivia Urate jest świeżo po rozwodzie z (już piątym!) mężem, który postanawia odciąć ją od swoich bogactw i daje jej dość krótki czas, przez który będzie mogła jeszcze z nich korzystać. Do jednej z tych rzeczy należy łódź, którą bohaterka postanawia wykorzystać w pewnym celu. A mianowicie, organizuje przyjęcie, na którym będzie świętować swój rozwód ze swoimi,,przyjaciółmi''. Osoby, które zaprosiła, jednocześnie bardzo zaskoczyła - bo dlaczego ktoś taki jak ona mógłby chcieć ich widzieć na luksusowym jachcie?  Postanawiają jednak przybyć na uroczystość pomimo przykrości, jakie zafundowała im w przyszłości Olivia. Jak się później okazuje, przyjęcie było tak naprawdę przykrywką - bohaterka uknuła intrygę, zaplanowała własną śmierć w miejscu, w którym otaczali ją sami wrogowie...

Sięgając po tę książkę spodziewałam się naprawdę dobrego kryminału, w którym autorka mnie zaskoczy i będę miała co Wam polecić. Tymczasem Carmen Posadas mnie nie zaciekawiła i nie mam Wam za bardzo czego polecać. Zaproszenie na morderstwo zaczęłam czytać w poniedziałek i po pierwszych dwóch rozdziałach pomyślałam: ,,co to jest?!''. W ogóle początek mnie nie zachęcił do dalszej lektury, niemniej jednak dałam jej szansę, bo miałam nadzieję, że w dalszej części pisarka zrobi coś ze swoim nudnym i infantylnym językiem. Coś zrobiła (na szczęście), ale widoczną poprawę dostrzegłam dopiero od strony 164 - tutaj zaczyna się historia przedstawiona z punktu widzenia Agaty (siostry Olivii) . W pierwszej części może taki był zamiar, przedstawić główną postać jako ewidentnie głupią kobietę. No, ale bez przesady!

Kreacja bohaterów wydaje mi się całkiem ciekawa, oprócz wyżej wspomnianej Olivii. Osoby zaproszone na przyjęcie wyróżniały się, każdy miał jakieś charakterystyczne cechy, każdy miał powód do tego, by pozbyć się głównej postaci. Odkrywanie krok po kroku wszystkich dowodów, motywów przez Agatę było najciekawszym fragmentem tej książki i chyba właśnie to uratowało ją. Chwilami zachowanie siostry Olivii denerwowało mnie i na zakończenie też nie mogłam i nadal nie mogę jej zrozumieć. Dziwna postać, bardzo. Stwierdziłam też, że autorka ma coś nie tak z ludźmi homoseksualnymi, bo co jakiś czas o nich wspominała i robiła bezsensowne trójkąciki. 

Zaproszenie na morderstwo to dość średni kryminał, który raczej zniechęcił mnie do sięgania po inne pozycje Posadas. Większość elementów układanki do siebie nie pasowała, wiele rzeczy nie podobało mi się - zaczynając od języka po nudny początek i przygłupią Olivię, której gadanie doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Niemniej jednak pomimo tylu mankamentów, chciałam dowiedzieć się jakie będzie zakończenie tej dziwnej historii i w którymś momencie nawet zostałam (na chwilę) wciągnięta w wir wydarzeń. Czy polecam? Daję na koniec tróję, więc sami oceńcie, czy skusicie się na nią.
Moja ocena 3/6, 4/10
Książkę przeczytałam dzięki wyd. Muza.

środa, 26 września 2012

Hiszpańska fiesta i soczyste mandarynki - Alex Browning


Tytuł oryginału: Shooting Caterpillars in Spain. Two innocents abroad in Andalucia.
Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: sierpień 2012
Książka dostępna tutaj: .klik.
,,Dziękujemy - były to najbardziej ekscytujące wakacje, jakie kiedykolwiek przeżyłyśmy''

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po jakąś lekką książkę, której fabuła rozgrywa się w dalekim, ciepłym miejscu. Tym razem postanowiłam zaznajomić się z krajobrazem Hiszpanii, i jej mieszkańcami - czyli tym co jedzą, czego nie tolerują itp. Częściowo właśnie tego się dowiedziałam dzięki powieści pt. Hiszpańska fiesta i soczyste mandarynki. Ale czy uważam ją za dobrą? O tym za chwilę.

Historia opowiada o szczęśliwym małżeństwie, które postanawia przeprowadzić się do Hiszpani, ze względu na dziwne odczucie, że czegoś im w życiu brakuje. Okazuje się, że tym brakującym elementem jest zmiana otoczenia, zmiana nawyków, języka i znajomych. Alex i James mają w planach otwarcie hotelu, jednak to co na początku wydawało się takie proste, wcale takie nie jest. Przeżyją niesamowite przygody z sąsiadami, kotami, znajomymi, wężami i innymi rzeczami, które spotkać można w tym kraju.

W pierwszym akapicie zadałam pytanie sama sobie, czy książkę uważam za dobrą i moja odpowiedź brzmi: nie jest to dobra lektura. Tutaj, Moi Drodzy, niestety nie napiszę, że jest to świetna i znakomita pozycja, którą bardzo polecam. Bo tak nie jest. Historia jest przeciętna, nie wyróżnia się niczym szczególnym, co zwróciłoby moją uwagę na tyle, żeby do niej kiedyś wrócić. Co prawda sięgając po tego typu literaturę nie powinniśmy spodziewać się arcydzieł, jednak sądziłam, że Alex Browning stworzy dużo bardziej ekscytującą historię. Historię, którą czytałabym z wypiekami na twarzy..

Zaczęłam od minusów i dalej będę je wypisywać.. Nie podobało mi się to, że autorka zastosowała tak wiele opisów, a dialogów było naprawdę niewiele, co utrudniało czytanie i przez to często odkładałam książkę, zmęczona tym, że bohaterowie rzadko kiedy wymieniają się poglądami i tak naprawdę wiem o nich to co przeczytałam z opisów. Pisarka postawiła nam wszystko na tacy i raczej nie było fragmentów, gdzie sami moglibyśmy się czegoś domyśleć. Po drugie muszę wspomnieć o błędach, które w książce znalazłam, a są to literówki, albo jakiegoś wyrazu w zdaniu nie ma w ogóle, przez co w ogóle treść nie ma sensu. Przykładem może być następujące sformułowanie: ,,Penny zabrała mnie do siebie, gdzie razem z niecierpliwością powrotu naszych mężów'' (str.201).

Teraz czas na plusy. W Hiszpańskiej Fieście i soczystych mandarynkach podobało mi się poczucie humoru pisarki, dzięki czemu dosyć często chichotałam pod nosem z zachowania bohaterów. Po drugie po przeczytaniu tej książki moja wiedza na temat Hiszpanów i samego kraju się zwiększyła, z czego bardzo się cieszę - przyjemne połączone z pożytecznym. Również dzięki tej powieści, mimo niektórych przeszkód przyjemnie spędziłam ten czas, ponieważ czytanie w zimne i pochmurne dni o zrywaniu z drzew mandarynek i o upałach, poprawił mi humor i chociaż przez chwile mogłam poczuć, że tam jestem.

Hiszpańska fiesta i soczyste mandarynki to pozycja średnia, która ma wiele mankamentów, po której nie można spodziewać się czegoś świetnego. Ale to również powieść, dzięki której możemy przenieść się do Hiszpanii i uwierzyć w to, że w życiu można zrobić wszystko jeśli się tego naprawdę bardzo chce. Czy ją polecam? Nie wiem i sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy chcecie ją przeczytać, czy też nie.
Moja ocena 3/6 , 4/10
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Pascal, za co serdecznie dziękuję.