Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura psychologiczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 marca 2014

Nie odchodź - Lisa Scottoline


Tytuł oryginału: Don't go
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 4 lutego 2014
„Co się dzieje, czemu nie dzwonisz? Usłyszała kroki oddalające się w kierunku wyjścia. Zaczekaj, nie odchodź, proszę, pomóż mi!''

Rzadko kiedy jakaś książka zaskakuje już na samym początku. Często dopiero po kilku rozdziałach zaczynamy oswajać się z daną historią, czytać ją z coraz większym zainteresowaniem. Jednak w przypadku pozycji Nie odchodź rzecz ma się inaczej. Bo już wstęp wbił mnie w fotel i wywołał niemałe zdziwienie, zniesmaczenie i przerażenie. Początkowe opisy, które zaserwowała czytelnikom Lisa Scottoline chwytają za serce, ale  jednocześnie chce się aby dobiegły już końca. A przecież przed nami jeszcze cała pozycja z opowieścią, która zapada na długo w pamięć.

Mike Scanlon to trzydziestosześcioletni lekarz, który odbywa służbę w Afganistanie daleko od swojej żony Chloe i niedawno urodzonej córki. Niespodziewana informacja o śmierci Chloe wstrząsa nim, a jeszcze bardziej szczegóły, których dowiaduje się po powrocie do kraju. Mężczyzna próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy tak naprawdę znał kobietę, z którą się ożenił. Musi też znaleźć odpowiedź na to, czy zna również siebie. Najważniejszym wyzwaniem dla niego będzie zajęcie się córką, z którą nie miał dobrego kontaktu ze względu na swoją pracę i o której wie niewiele.

Nowa powieść Lisy Scottoline jest równie dobra jak ta, którą czytałam ponad rok temu, Spójrz mi w oczy. Tu tak jak i tam autorka podjęła się tematu trudnego, trochę kontrowersyjnego i smutnego zarazem. Nie jest to pozycja wybitna, którą można byłoby nazwać arcydziełem literatury. Jednak z pewnością trafi ona do czytelników, którzy gustują w życiowych historiach, w których dużą rolę odgrywają emocje.

Nie odchodź spodobało mi się przede wszystkim dzięki niespodziewanym zwrotom akcji, których jest dość sporo, a dzięki nim lektura staje się ciekawsza i nie nuży. Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, nie mogłam się od niej oderwać i kilka godzin później była już przeczytana. Warto zwrócić uwagę na opisy wojennego Afganistanu oraz postaci, którzy są tam umiejscowieni. Najciekawsi i najbardziej wyraziści są lekarze, którzy mają specyficzne poczucie humoru, dzięki któremu próbują rozładować napięcie. Interesujące są też relacje pomiędzy Mikiem, który chce zbliżyć się do własnej córeczki, a Bobem i Danielle, którzy mu to utrudniają, pomimo tego, że nie są rodzicami dziewczynki. To jeden z takich wątków, który trafia do nas pomimo tego, że do końca nie rozumiemy zachowania niektórych ludzi.

Nie odchodź to opowieść, która skupia się na ojcowskiej miłości do dziecka i pytaniach które musi postawić sobie Mike, aby wiedzieć, co jest dla niego priorytetem. Sięgając po tę pozycję nie miałam konkretnych oczekiwań, nawet nie sądziłam, że aż tak bardzo mi się spodoba. Bo nie jest to lektura łatwa, nie da się o niej zapomnieć od razu po przeczytaniu i przejść płynnie do swojej codziennej rzeczywistości. Nadal w myślach gdzieś przypominamy sobie fragmenty z książki i nie możemy przestać rozmyślać o niesprawiedliwości na świecie. Uważam, że warto zwrócić na nią uwagę, bo czyta się ją naprawdę szybko, wzbudza wiele emocji no i niezwykle trudno się od niej oderwać.
Moja ocena 5/6, 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

niedziela, 29 grudnia 2013

Dziecko śniegu - Eowyn Ivey


Tytuł oryginału: The Snow Child
Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 25 października 2013
„Czy jej siostra mogła mieć rację, sugerując, że sami decydujemy o zakończeniach, wybierając smutek bądź radość? A może po prostu okrutny świat dawał i odbierał, dawał i odbierał, miotając się na oślep?''

Baśnie bywają piękne i smutne. Nie zawsze kończą się szczęśliwie i tak jakbyśmy tego chcieli. To najczęściej one uczą dzieci odróżniać dobro od zła oraz przekazują ważne wartości w życiu każdego człowieka. Wszyscy znają opowieść o Czerwonym Kapturku, Jasiu i Małgosi czy chociażby o Kopciuszku. Jednak niewiele osób kojarzy historię o dziewczynce, która pojawia się każdej zimy w sercach starszego małżeństwa. Eowyn Ivey stworzyła powieść, w której rzeczywistość przeplata się ze starą rosyjską baśnią, o której pamięta tylko garstka osób. Odtwarza ją na nowo, a przy tym wplata umiejętnie nowe wątki i tworzy książkę, o której chce się dyskutować.

Jack i Mabel zdecydowali się wyruszyć na Alaskę, by zacząć od nowa swoje życie i zapomnieć o stracie dziecka, którego brak w ich życiu powodował nieustannie smutek i ból. Szukali spokoju, wyciszenia i na początku to otrzymali. Ich życie było bezbarwne i pozbawione jakichkolwiek kolorów. Wszystko się jednak zmieniło, gdy spadł śnieg, to właśnie wtedy u Jacka i Mabel pojawiła się radość z tak zwykłego, wydawać by się mogło zjawiska. Podczas chwil szczęścia postanowili ulepić postać dziewczynki. Następnego dnia figurki nie było, a jedynym co zauważyli to ślady niewielkich stóp i dziewczynkę, która zniknęła za drzewami. To ona zaczęła nadawać ich życiu jakikolwiek sens: jej odwiedziny, krótkie rozmowy, zapach, wygląd. Małżeństwo obdarzyło ją ciepłym uczuciem i traktowało jak członka rodziny...

Dziecko śniegu to powieść, na którą nie zwróciłabym uwagi gdyby nie jej piękna oprawa. Wydaje mi się, że każdy kto ją gdzieś zauważy, po chwili do niej wróci i zacznie czytać opis. Okładka jest jedną z największych zalet tej książki i trudno byłoby mi o niej nie wspomnieć. Drugim czynnikiem, który popchnął mnie do przeczytania tej historii był fakt, iż fabuła rozgrywa się na Alasce - krainie zimna, lasów, dzikiej przyrody. Muszę przyznać, że trochę mnie zaintrygowało to, jak autorka poradzi sobie z opisem tego miejsca i jak przedstawi swoją opowieść o tamtym rejonie. Teraz po przeczytaniu tej pozycji mogę szczerze napisać, że Eowyn Ivey poradziła sobie z tym świetnie i dużo lepiej niż mogłam się tego spodziewać.

Autorka buduje napięcie już od samego początku, gdzie też przedstawia nam tylko ogólny zarys fabuły, a później rozdział za rozdziałem coraz bardziej ją komplikuje, a nowe wątki pokazuje w całkowicie innym świetle. To co najbardziej urzeka w tej książce to codzienność życia starszych ludzi obok których pojawia się dziecko, o którym nie wiedzą zupełnie nic. Postać dziewczynki otoczona jest aurą tajemniczości, a zjawiska których są świadkiem wydają się być dla nich nienaturalne. To sprawia, że czytelnik nie wie w co tak naprawdę wierzy, ale zdaje sobie sprawę z tego, że jest widzem jakiegoś pięknego i spektakularnego spektaklu. 

Eowyn Ivey stworzyła opowieść podzieloną na trzy części. Na początku każdej z nich jest tak jakby zapowiedź całości w formie krótkiego fragmentu baśni. Czytelnik chce wiedzieć czy historia autorki popłynie takim samym torem oraz jak się ona zakończy. Książka o dziewczynce pojawiającej się każdej zimy u Mabel i Jacka wywarła na mnie niezmiernie pozytywne wrażenie i cieszę się, że postanowiłam ją przeczytać. Na pewno nie zmieniła mojego życia, ale myślę, że wniosła do niego odrobinę magii, nadziei i wiary w to, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe.

Dziecko śniegu mogę bez wahania zaliczyć do jednych z najlepszych książek tego roku - świadczy o tym nie tylko charakterystyczny język autorki, którym ukazuje nam piękną i dziką Alaskę, ale również różnobarwna kreacja bohaterów, którzy po bliższym zapoznaniu tętnią życiem i energią. To powieść, która pozostaje na długo w nas i ma się ochotę opowiadać o niej nie tylko swoim przyjaciołom, ale ludziom których praktycznie nie znamy. Jestem pewna, że kiedyś wrócę do tej historii i spróbuję poznać ją na nowo, a teraz pozostaje mi zazdrościć tym, którzy mają ją jeszcze przed sobą. Gorąco zachęcam do przeżycia wspaniałej przygody u boku ludzi, którzy mogą nas czegoś nauczyć.
Moja ocena 5+/6, 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Pascal.

***
W końcu coś przeczytałam i napisałam recenzję, a blogger nawet normalnie działał! Powinnam na dniach dodać konkurs, w którym do wygrania będzie jeden egzemplarz Dziecka śniegu.:)

wtorek, 1 października 2013

To, co zostało - Jodi Picoult


Tytuł oryginału: The Storyteller
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 10 września 2013

„To opowieść fantastyczna o upiorze – polskiej wersji wampira. Ale wbrew oczywistym założeniom najstraszniejszy nie jest sam potwór, tylko zwykli ludzie, którzy okazują się gorsi od niego.” 

Ludzie to dość specyficzny gatunek, który trudno jest nam do końca pojąć i zdefiniować - uściślając to, bardziej chodzi mi o zachowania i przynależność do różnych grup.  Widzimy ich codziennie, może to być w drodze do szkoły, do pracy, sklepu czy w jakiekolwiek inne miejsce i zawsze dostrzeżemy różnice pomiędzy każdym człowiekiem. Może to będzie wiek, kolor skóry albo włosów, albo to w jaki sposób ktoś zachowuje się w publicznym miejscu. Znasz z pewnością kogoś niezwykle otwartego na innych, oraz kogoś, kto nie przepada za towarzystwem innych. Nie możesz mieć za złe nikomu, że jest taki, a nie inny. Składa się na to wiele czynników i zazwyczaj są one przez takie jednostki ukrywane nie jak skarb, ale jak bagaż na plecach, którego trudno jest im zdjąć. Wiele cichych osób w przyszłości podejmie trudną decyzję - opowiedzenia o swojej przeszłości komuś bliskiemu, albo zupełnie nieznanej osobie. Nie wiadomo co wydarzy się dalej, ale nie będzie to łatwe dla dwóch stron. Nawiązując do tego dość chaotycznego wstępu, chciałabym opowiedzieć Ci dzisiaj o powieści, która wstrząsnęła mną do głębi i trafiła na listę tych najukochańszych - mowa tutaj o nowej pozycji spod pióra Jodi Picoult To, co zostało.

Sage Singer jest samotną kobietą, która nocami pracuje w piekarni, a dniami śpi. Jej życie jest rutyną, nie dzieje się nic ciekawego aż do momentu, w którym zapoznaje się ze staruszkiem. Zwyczajna znajomość przeradza się w przyjaźń z człowiekiem, którego uwielbia całe miasteczko i który dawniej nauczał języka niemieckiego. Pewnego dnia Josef przedstawia swoją dość nietypową prośbę - chce, aby Sage pomogła mu umrzeć. Nie mówi tego, dlatego że znudziło mu się życie, ma zupełnie inny powód i będzie próbował wyjaśnić to wszystko swojej przyjaciółce. Okaże się, że staruszek skrywa w sobie tajemnice z czasów II wojny światowej, historię, która przeraziłaby każdego człowieka. Morderstwa na ludności żydowskiej i polskiej nie jest łatwo zapomnieć, a spróbować komuś wybaczyć tym bardziej. Zapewne jesteś teraz ciekawy, jaką decyzję podejmie Sage - czy pomoże mu? A jeśli nawet, to jaką formę będzie miała jej pomoc? 

„Nie pracowaliśmy. Gniliśmy. Zwijaliśmy się jak ślimaki na podłodze baraków, bo tylko tak mogliśmy się wszyscy pomieścić.”

Nie sądziłam, że można aż tak bardzo tęsknić za twórczością danego autora. Przekonałam się o tym kilka dni temu, kiedy sięgnęłam po tę książkę i pochłonęłam ją w ekspresowym tempie. Po drodze praktycznie rzecz biorąc, spijałam słowa i powtarzałam pewne fragmenty kilkakrotnie. Jodi Picoult ma to do siebie, że tworzy fabuły, które mają ręce, nogi i nawet głowę z włosami - nie można jej więc zarzucić dosłownie niczego, w kwestii tego, jak coś tworzy. Widać zawsze to, że zanim zabierze się do napisania danego dzieła, zapoznaje się z różnymi specjalistami, czyta wiele naukowych pozycji, przeprowadza rozmowy. Gdyby tego nie robiła, wyszłoby to podczas czytania - a nigdy się jeszcze na niej nie zawiodłam. Jej opowieści mają pewną charakterystyczną cechę, a mianowicie narrację z puntu widzenia kilku postaci. Są osoby, które uwielbiają taką formę, ale są również i tacy, którym to przeszkadza i uważają to za pewny mankament, gdyż powtarza się w każdej powieści. Jednak dla mnie zawsze będzie to jeden z największych atutów, ponieważ dzięki takiemu zabiegowi mam możliwość poznać innych bohaterów dużo lepiej, a później porównać ich punkty widzenia. Uważam, że może to urozmaicić opowiadaną historię i sprawiać większą przyjemność samemu czytelnikowi.

To, co zasługuje na szczególną uwagę to tło historyczne, które tutaj odgrywa bardzo ważną rolę, o ile nie najważniejszą. Autorka przenosi nas ze współczesności do przeszłości za sprawą wspomnień babci Sage oraz jej przyjaciela, Josefa. Właśnie te fragmenty mogę zaliczyć do najbardziej wstrząsających i chwytających za serce, do takich, które czyta się bardzo powoli z widocznym niedowierzaniem i wściekłością na ludzi, którzy potrafili zabijać z zimną krwią. Tak jakby widzieli przed sobą zwierzę, a nie człowieka, który ma rodzinę, plany na przyszłość czy umiejętność samego kochania. Czytanie o takich nieludzkich warunkach nie było łatwe, ale z pewnością lepiej uzmysłowiło mi wiele wydarzeń. Ciekawe również dla mnie jako Polki, było to, że mogłam przeczytać o miejscu takim jak na przykład Łódź. Pomimo tego, że cała opowieść została wymyślona i tylko inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, to ja miałam wrażenie, jakby to wszystko było prawdą, jakby słowa same oddychały i do mnie przemawiały.

„- Jasne. Sama skóra i kości. Płaska jak deska. Miałam włosy na niecałe trzy centymetry – na tyle odrosły po wytępieniu wszy. Wyglądałam jak chłopak – dodaje. – Na pierwszej randce spytałam, co we mnie widzi. Odpowiedział: „Swoją przyszłość”.”

Warto poświęcić osobny akapit samym bohaterom i ich kreacji, którą uważam za bardzo interesującą i wyrazistą. Picoult ukazuje dzięki nim pewną surowość, zimno, ale również subtelność i delikatność. Nie możesz zapomnieć tego, iż w powieści tej jest kilka wątków i nie tylko ten historyczny. Sage ma swoje własne problemy, przedstawia ją pisarka jako skrytą w sobie i zamkniętą osobę, która ma w głębi siebie iskierkę pobudzającą w niej odwagę i chęć odsłonięcia swojej twarzy. Drugą ważną jest staruszek Josef, który na pierwszy rzut oka jest spokojnym i zmęczonym człowiekiem, ale poznając jego historię zaczynamy widzieć go w zupełnie innym świetle. Poznałam kilka innych dość barwnych postaci, których nie będę tutaj wymieniać, ponieważ chciałabym, abyś sam ich poznał i odkrył nowe wątki, które zbudowała Jodi.

To, co zostało to powieść z duszą. Cieszę się, że została napisana oraz wydana u nas w kraju, ponieważ może wywoła u nas, Polaków, nowe dyskusje i tematy do rozważań. Powinna nam uświadomić wiele kwestii i zachęcić do odpowiedzenia samemu sobie na pytania, które zadane są na jej okładce. Uważam że, jest to lektura ważna, która powinna być przez nas przeczytana i polecana kolejnym osobom. Może to być Twój pierwszy kontakt z tą autorką, albo dwudziesty - ale nie zwlekaj i czytaj, bo naprawdę, naprawdę warto poświęcić jej trochę czasu. Dla mnie jest pewnym arcydziełem literatury i nie mam do niej żadnych uwag. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po nią i podzielenia się swoimi spostrzeżeniami po lekturze - jestem ogromnie ciekawa Twojego zdania na jej temat.
Moja ocena 6/6, 10/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Polecam obejrzeć wywiad, który nawiązuje do nowej powieści Jodi Picoult - wywiad.

„Gdyby słowa miały smak, jej smakowałyby gorzkimi migdałami i mieloną kawą. Czyta mi się tak gładko, że chwilami zapominam, kto jest autorem.”

niedziela, 15 września 2013

W imię miłości - Katarzyna Michalak


Seria/cykl wydawniczy: Seria owocowa tom V
Wydawnictwo:
Literackie
Data wydania:
15 sierpnia 2013
„Dlaczego odchodzą dobrzy ludzie, za którymi rozpaczamy i tęsknimy, a ci źli trzymają się życia na przekór wszystkim?''

Coraz częściej ludzie decydują się na przeprowadzkę z miasta do jakiejś malowniczej i spokojnej wsi, w której będą mogli nabrać energii po pracy i zacząć żyć rytmem wolniejszym i też zdrowszym. Wiele jest zalet jak i wad, ale ci którzy odważyli się na tak odważny krok, wiedzą które miejsce sprawia większą radość i ukojenie. Takie uczucia będą również towarzyszyć czytelnikom powieści Katarzyny Michalak, która zasłynęła płynącymi z serca, ciepłymi opowieściami o życiu, o rodzinnych problemach, ale również szczęśliwych chwilach, które za wszelką cenę powinniśmy utrzymywać jak najdłużej. Minął niecały rok odkąd przeczytałam pierwszą książkę tej autorki i nadal wyraźnie pamiętam, jakie wywarła na mnie ogromne wrażenie. Dlatego też, kiedy zobaczyłam, że mam możliwość sięgnięcia po jej kolejną i nową historię - nie wahałam się ani chwili! Nawet nie przeczytałam opisu, a okładka tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto postawić na tę autorkę. Bo W imię miłości pozytywnie zaskakuje i sprawia, że zapominamy o całym świecie.

Ania to dziesięcioletnia dziewczynka, która pojawia się niespodziewanie w murach Jabłoniowego Wzgórza, pięknego i starego dworku, będącego własnością Edwarda Jabłonowskiego - jej nieznanego dotąd dziadka. Całkowicie przestraszona przebyła długą podróż z Warszawy, w której zostawiła śmiertelnie chorą mamę. Nie przyjechała tu by uciec, ale dlatego, że nie miała gdzie się udać. Edwarda nigdy nie interesowało życie swojej córki i wnuczki i nikt tak naprawdę nie wie, co postanowi zrobić z dziewczynką. Czy urokliwe miejsce na wsi wpłynie na niego pozytywnie i uświadomi sobie własne błędy z przeszłości? Czy Ned, nowo poznany przyjaciel Ani, będzie umiał jej pomóc i wyjawić prawdę o sobie?

Muszę przyznać, że porównanie tej książki do Ani z Zielonego Wzgórza było nawet dobrym pomysłem, ponieważ z pewnością zachęci wiele osób do sięgnięcia po nią. Będzie to powrót do pełnej radości, ciepła ale też i problemów opowieści z innymi bohaterami i całkowicie nowym, bardziej nowoczesnym miejscem. W imię miłości jest przeznaczona dla bardziej dojrzałych czytelników niż wspomniana wcześniej pozycja. Autorka wplotła w swoją historię nie tylko motyw rodziny, ale również miłości, przyjaźni i choroby. Powiązane ze sobą, dały niezmiernie ciekawą fabułę, w której żyje się wraz z postaciami, obserwuje ich zachowania i niezwykle wyraźnie odczuwa się, to co czują oni w danej chwili. To właśnie jeden z największych atutów, za które można pokochać powieści Katarzyny Michalak.

Osoby, które mają podobnie do Ani, czy które znają kogoś, będącego w takiej sytuacji, na pewno lepiej zrozumieją dziesięciolatkę i będą przeżywać każdą stronę jej opowieści coraz bardziej. Wiele razy miałam ochotę na to, by odwiedzić Jabłoniowe Wzgórze i porozmawiać z tą dziewczynką, pocieszyć czy chociażby przytulić i wysłuchać. Możecie pomyśleć, że bez sensu jest aż tak angażować się w słowo pisane, ale przecież książki nie tylko mają nas bawić, ale mogą również ukazywać prawdziwe życie. Tutaj nie do końca jest realistycznie - co przyznaję z lekkim smutkiem. Zapamiętałam kilka fragmentów, w których zachowania dorosłych w ogóle nie były odpowiednie do danych sytuacji, a wręcz sztuczne i można by rzecz, oburzające. Co z tego, że to wymyślone? Tak się nie robi. Pocieszające jest jednak to, że oprócz tego mankamentu, innych nie ma, albo byłam tak zajęta i zauroczona samym czytaniem, że nawet nie zwróciłam na nie uwagi. Może były chwile, w których ironicznie uśmiechałam się i z lekceważeniem wzruszałam ramionami. Może ślepo patrzyłam na całość. Jednak to nie zmienia tego, iż W imię miłości trafiło na listę moich ulubionych książek.

Jeśli ktoś zapytałby mnie, na jaką porę roku poleciłabym tę pozycję, bez wahania odpowiedziałabym, że na zbliżającą się właśnie jesień. Książka ta idealnie nadaje się na coraz dłuższe wieczory, czy na coraz chłodniejsze popołudnia na łonie natury. Lekki wiaterek wywoła delikatne ciarki na ciele, a promyki słońca będą przypominały o cieplejszej stronie opowieści, o nadziei i miłości, którą powinno być obdarzone każde dziecko. Zarówno prosty jak i poetycki język jeszcze bardziej wzbudzą w Was ciekawość i chęć dowiedzenia się, jak to wszystko się zakończy. Gdy dodamy do tego całkiem interesującą kreację bohaterów, wyjdzie nam produkt przez wielu pożądany. Historia, na którą według mnie warto poświęcić trochę czasu.

Nie skreślajcie tej powieści jakimiś dziwnymi uprzedzeniami. Bo wiem, że wiele osób, uważa że to z pewnością jakiś kolejny romans. Nie! Z tytułem wydawnictwo nie do końca trafiło, ale wystarczy przeczytać opis i dowiedzieć się, że uwaga będzie skupiona na czymś zupełnie innym. W imię miłości polecam Wam z całego serca - uważam, że spędzicie z lekturą przyjemnie czas!
Moja ocena 5+/6, 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Literackie.

Seria owocowa:
Rok w Poziomce | Lato w Jagódce | Powrót do Poziomki | Wiśniowy Dworek | W imię miłości

środa, 26 czerwca 2013

Karminowy szal - Joanna M. Chmielewska


Wydawnictwo: MG
Data wydania: 17 kwietnia 2013
 „Kiedy myśli o innym tacie, czuje się jakoś tak dziwnie. Bo to chyba źle chcieć innego tatę, niż się ma.''

Lubię powieści, w których przeplatają się tematy trudne z tymi sielankowymi. Tak jest właśnie w nowej książce Joanny M. Chmielewskiej, od której oczekiwałam świetnego powrotu do Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem. Z twórczością autorki zapoznałam się po raz pierwszy będąc w podstawówce - Historia srebrnego talizmanu pokazała mi nieznany świat, w którym zawarte były ważne wartości. Drugie spotkanie odbyło się rok temu, tym razem z opowieścią dla dorosłych, a trzecie kilka dni temu. Muszę przyznać, że każde z nich było bez wątpienia udane i jestem pewna, że po pozycje tej pisarki mogę sięgać w ciemno bo i tak będzie się je świetnie czytać.

Trzy kobiety, wspólna przeszłość i jeden cel. Marta, Maria i Magda przyjaźniły się w dzieciństwie, ale później ich drogi się rozeszły. Co ich połączyło po tylu latach? Tajemnica, którą każda z nich skrywała i w pewien sposób wpłynęła na ich życie... Tym razem postanawiają zakończyć to co prześladowało ich myśli i zamknąć pewien dział ich historii. Omawiać swoje plany i dzielić się swoimi przeżyciami i doświadczeniami będą w znanej wszystkim Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem.

Kiedy zobaczyłam zapowiedź tej książki, wiedziałam że prędzej czy później ją przeczytam ze względu na powrót do starych bohaterów i ten niecodzienny klimat, który potrafi stworzyć jedynie Joanna M. Chmielewska. Muszę się jednak przyznać, że na początku nie wiedziałam dokładnie o co w tej historii chodzi i jak się rozwinie - jednak po dwudziestu stronach wszystko zaczęło się wyjaśniać, a ja strona za stroną coraz bardziej wgłębiałam się w losy głównych postaci i odnajdywałam osoby z Sukienki z mgieł! Świetnie było dowiedzieć się, co u nich słychać i jak potoczyło się to wszystko. Kreacja kobiet, wokół których tak naprawdę wszystko się kręci wypadła całkiem interesująco, ponieważ nie były zwykłymi i zapłakanymi duszyczkami, ale pomimo wielu przeżyć miały w sobie to coś, co nie pozwalało o nich zapomnieć. Cieszę się, że pisarka postawiła jednocześnie na wyrazistość i subtelność.

Czytelnicy, którzy czytali pozycje Chmielewskiej wydane przez wydawnictwo MG, będą wiedzieć że są zawarte w nich tematy trudne jak i te codzienne, zabawne, refleksyjne - dzięki takiej różnorodności powieści nabierają charakteru i nie nudzą. Tak jest w przypadku Karminowego szala, który mnie rozbawiał, zaskakiwał, smucił i skłaniał do rozmyślań.

Ja osobiście tę pozycję uważam za świetną i poleciłabym ją Wam niezależnie od tego, czy znacie Sukienkę z mgieł, czy też nie. Jest to odmienna opowieść, w której został zawarty zupełnie inny problem i jestem przekonana, że sprawdzi się idealnie na wszelkie wyjazdy wakacyjne. Spotkanie z Martą, Marią i Magdą zaliczam jako jedno z udanych i wyczekuję kolejnych takich spod pióra tej pisarki. Polecam!
Moja ocena 5/6, 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Poradnik pozytywnego myślenia - Matthew Quick


Tytuł oryginału: The Silver Linings Playbook
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 6 marca 2013
„Pamiętaj, przyszłość zaczyna się dziś” 

Ostatnimi czasy wiele książek zostało zekranizowanych i wzrosła ich popularność, a do takich bez wątpienia należy Poradnik pozytywnego myślenia Matthew Quicka. Postanowiłam, że dopiero po przeczytaniu powieści obejrzę film, aby mieć lepsze porównanie i móc wyłapać co zostało w nim pominięte i w jakim stopniu zmienione. Wydaje mi się, że sam sukces obrazu jest zachętą do sięgnięcia po pierwowzór, a dla opornych dodatkiem mogą być liczne recenzje czytelników, w których zachwycają się prostotą i głębią historii. Muszę przyznać, że sama byłam ciekawa czy dołączę do zwolenników, czy do przeciwników pióra amerykańskiego pisarza. O tym jak to się skończyło, przeczytacie w dalszej części recenzji.

W dzisiejszych czasach jest niewielu ludzi, którzy wierzą w to co robią i dążą do doskonałości - a taki właśnie jest Pat. Odkąd rozstał się ze swoją żoną stara się być milszym, lepszym i pełnym podziwu facetem, ponieważ sądzi że dzięki temu Nikki postanowi do niego wrócić i będą ponownie szczęśliwym małżeństwem. Niestety mimo ogromnych chęci nic nie idzie zgodnie z planem. Pierwszą przeszkodą jest piękna, ale równie stuknięta jak Pat - Tiffany, która nieustannie za nim biega i nie do końca wiadomo czego chce. Prześladująca go piosenka Kenny'ego G jak i rady terapeuty zachęcające do zdrady z pewnością mu nie pomagają. Mimo to, on nadal stara się myśleć pozytywnie, ale czy z dobrym skutkiem?

Kiedy zaczęłam czytać tę powieść, nie wiedziałam dokładnie czego mogę się po niej spodziewać, a więc nie miałam żadnych wysokich wymagań. Zazwyczaj właściwie unikam tego typu historii, ale ta oczarowała mnie już po pierwszym rozdziale, który sprawił, że w błyskawicznym tempie pochłonęłam całą książkę. Wszelkie wydarzenia z życia głównego bohatera jak i jego przemyślenia tak mnie zaabsorbowały, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z upływu czasu. Ściślej rzecz biorąc ocknęłam się dopiero wtedy, gdy przeczytałam podziękowania autora. Z opisu możemy wywnioskować, że to dość zwyczajna opowieść o osobie, która ma pewne problemy ze sobą, i owszem tak też jest, ale nie zapominajmy o jej głębszym przesłaniu. To właśnie ono wywarło na mnie tak ogromne wrażenie i cieszę się, gdy czytam że innym również się to podobało.

Pisząc o Poradniku pozytywnego myślenia nie można nie wspomnieć o niesamowitej i niezwykle interesującej kreacji bohaterów - największym aspekcie tej książki. Pozwólcie, że zacznę tym razem od tych mniej istotnych postaci, a jedną z nich jest  Danny, którego można polubić po tym w jaki sposób mówi o nim Pat i jakie ma z jego osobą wspomnienia. W następnej kolejności wysuwa się Jake (brat), którego osobiście nie mogłam polubić, ponieważ nie rozumiem jak mógł nie odwiedzać i tym samym nie interesować się życiem swojego bliskiego członka rodziny. Mimo to został bardzo realistycznie ukazany i widać było, że nie brakuje mu żadnych narządów do sprawnego funkcjonowania. Mama męża Nikki to postać przede wszystkim nietuzinkowa, silna, odważna ale jednocześnie też słaba i nie dająca sobie rady ze swoim małżeństwem. Chwilami miałam ochotę podbiec do niej, przytulić ją i podać jakieś wskazówki, co powinna dalej robić. Odnośnie taty - autor wykreował go na gorzkiego, próżnego i nieczułego starszego faceta, do którego nawet nie próbowałam zapałać sympatią. Nie lubię tego typu ludzi i nie mam do nich szacunku, ale plus dla Quicka, że potrafił samym jego zachowaniem wzbudzić we mnie tyle wrogich emocji.

W końcu przechodzimy do gwiazd całej książki, a jedną z nich jest Tiffany, którą podziwiam przede wszystkim za ogromną cierpliwość i dążenie do wyznaczonych przez siebie celów. Mimo złej przeszłości z powodzeniem przyjęła wszelkie zadania, jakie narzucił jej los. Pisarz idealnie pokazał nam jej osobowość i stopniowo odkrywał przed nami jej sekrety, ale do końca została tajemniczą postacią, do której bardzo się przywiązałam. Ostatnim ale za to najważniejszym jest Pat, wokół którego kręci się dosłownie wszystko i wszyscy. Pomimo tego, że to on wierzył we wszystko najbardziej i myślał pozytywnie, odebrałam go jako smutną osobę i z całego serca mu współczułam. Obserwowanie jego życia, prób i relacji z tatą, mamą było świetnym, aczkolwiek też przygnębiającym doświadczeniem. Uważam, że stworzenie tak różnych od siebie bohaterów i powiązanie ich ze sobą nie było łatwym zadaniem, ale Matthew Quick idealnie sobie z tym poradził.

Jak w praktycznie każdej powieści, tak i tej występują pewne mankamenty, które przeszkadzały w lekturze i gdyby ich nie było, byłabym bardziej zadowolona. Po pierwsze bardzo nie spodobał mi się rozdział, w którym po kilkanaście razy były powtarzane te same kwestie (że robił brzuszki, że biegał, że jest świetnym facetem itd.), które mnie ogromnie irytowały. Nie można było napisać o tym raz? Kolejną wadą jest przesadne nawiązanie do futbolu, ponieważ w pewnym momencie miałam wrażenie że książka nie jest o tym o czym myślałam, że jest, a o tym kto wygrał, kto obronił i skandowaniu słowa O-R-Ł-Y! O ile ktoś kto się tym sportem interesuje, uzna to za ciekawy dodatek, o tyle inni będą ze znużeniem czytać (obserwować) zachowania facetów podczas meczu.

Poradnik pozytywnego myślenia to książka, która idealnie uzupełnia się z filmem i warto poznać obie wersje tej samej historii. Oczywiście zachęcam po sięgnięcie na początku po pierwowzór, który jest bardziej gorzki i mniej przyjazny, ale równie dobry jak obraz. Jestem przekonana, że nie będziecie zawiedzeni - fabuła czaruje swą niepowtarzalnością i prostotą połączoną z głębszym przesłaniem.
Moja ocena 4+/6, 7/10
Za książkę dziękuję portalowi Juventum.pl.

niedziela, 30 grudnia 2012

Jeszcze jeden dzień - Fabio Volo


Tytuł oryginału: Il giorno in piu
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: lipiec 2012
Książka dostępna tutaj: .klik.
 „Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, a nasze postacie odbijały się na horyzoncie przed nami. Doszliśmy do granicy, przebudzenia ze snu, zakończenia bajki. Do momentu zgubionego pantofelka.”

Niektóre okładki przyciągają nasz wzrok tak, że nawet bez przeczytania opisu, wiemy że daną książkę przeczytamy. Ja tak miałam z pozycją Fabio Volo Jeszcze jeden dzień. Od razu zwróciłam uwagę na tę powieść, a później liczne opinie utwierdziły mnie w przekonaniu, że ją trzeba przeczytać. Tak naprawdę nie liczyłam na wiele, wiedziałam że będzie to jedna z tych lekkich lektur z dość schematyczną fabułą. Trochę się pomyliłam, o czym przekonanie się w dalszej części recenzji.

Giacomo jest trzydziestoletnim facetem, który nie wymaga wiele od życia. Każdy jego dzień wygląda podobnie - budzik, kawa, tramwaj, biuro, siłownia, pizza, kino, romanse. Umawia się z przypadkowo poznanymi kobietami nawet, nie znając ich imion. Nie umie, albo boi się zaangażować w poważny związek.. Jednak pewnego dnia jadąc tramwajem, spotyka pewną intrygującą dziewczynę, o której nie będzie mógł zapomnieć. Widzi ją codziennie, wyobraża sobie co wydarzyłoby się, gdyby podszedł do niej i coś powiedział. Ukradkowe, nieśmiałe spojrzenia już nie wystarczają. W końcu nieznajoma zaprasza go na kawę i oświadcza, że to spotkanie jest ich pierwszym, ale i ostatnim. Michaela wyjeżdża do Nowego Jorku.

Sięgając po tę powieść, tak jak pisałam wyżej, nie oczekiwałam wiele, ale przypuszczałam, że będzie schematycznie. Otóż, moi drodzy - nie było! Autor strasznie mnie zaskoczył, bo nie przedstawił typowego romansidła, a coś zupełnie innego. Pokazał miłość, której wcześniej nie widzieliście. Volo wymyślił sobie, że główni bohaterowie zagrają w pewną, dość intrygującą grę. Co powiedzielibyście na związek z ustaloną z góry datą ważności? Nie brzmi ciekawie? Pomysł na taką fabułę był strzałem w dziesiątkę, bo chyba nikt nie spodziewałby się czegoś takiego. Ale ten pomysł wszedł w życie trochę później, a początek był niestety dość nudny.

„-Przepraszam za spóźnienie. Szczerze mówiąc, od dwudziestu minut cię obserwowałam. Bałam się i byłam zbyt wzruszona... Kiedy przyszłam, już tu byłeś. Długo czekałeś? -Mniej więcej trzydzieści lat.”

Główny bohater - Giacomo początkowo mnie zanudzał na śmierć swoimi rozważaniami na różne tematy, czy też opowieściami co zrobił, będąc dzieckiem. Czytając te fragmenty, nasuwała mi się nieustannie myśl: ''co za dzieciak z tego trzydziestolatka!''. Z biegiem czasu jednak zmieniał się i zaczynałam go coraz bardziej lubić. Udowodnił, że nie jest wcale taki, jak mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka. Michaela jest postacią nadal tajemniczą, bo nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele, niemniej jednak interesującą. Sylvię - przyjaciółkę Giacoma - odebrałam jako przyjazną, serdeczną, która uczy się być silna. Ogólnie rzecz biorąc Fabio Volo stworzył nawet godnych wzmianki bohaterów, ale nie takich, których zapamiętalibyśmy na długo.

Język jest prosty, a czasami aż do przesady. Na początku bardzo irytowały mnie pojedyncze zdania, później już przestałam zwracać na nie uwagę, a później już ich nie było. Nie tylko ewoluował bohater, ale też język i styl. Na koniec było wszystko dopięte na ostatni guzik i gdyby całość też taka była, książka otrzymałaby ode mnie dużo wyższą ocenę. Według mnie, Jeszcze jeden dzień zasługuje na ocenę dobrą, ponieważ jest to niecodzienna historia, nad którą warto się zastanowić. Opowiada też o innych problemach, które w codziennym życiu są ważne. Muszę wspomnieć też o muzyce, którą główny bohater namiętnie słucha, kupuje płyty itd. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że słucha naprawdę dobrej, bo wymienia chociażby takie kapele (bądź wykonawców) jak: Pink Floyd, Radiohead, Arctic Monkey, Billie Holiday i wiele innych. Czy polecam? Ocena dobra chyba mówi sama za siebie, że warto przeczytać i przekonać się samemu. :)
Moja ocena 4/6, 6/10
Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Muza!

W książce pojawia się np. ten kawałek:

niedziela, 2 grudnia 2012

Przyszły niedokonany - Hanna Cygler



Seria/cykl wydawniczy: Zosia Knyszewska, tom III
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: wrzesień 2012
Książka dostępna tutaj: .klik.
 ,,Twój brat uważa nas obie za idiotki - mówiłam do Julki. - Fakt, iż nie potrafiłyśmy odróżnić ciąży od menopauzy, poruszył go do łez.''


 Wielu z Was pewnie wie o tym, że bardzo polubiłam twórczość Hanny Cygler, dzięki trylogii o Zosi Knyszewskiej. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam już zwieńczenie tej historii, dzięki której zapominałam o całym otaczającym mnie świecie na kilka godzin, dzięki której z pewnością sięgnę po inne pozycje tej autorki. Bo sposób jej pisania sprawia, że chce się więcej. :)

Zosia Knyszewska po wydarzeniach, które rozegrały się w poprzedniej części, wraca do rodzinnego Gdańska. Na początku mimo wielu zmian w jej życiu, wszystko układa się w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia przez przypadek spotyka dwóch podejrzanych facetów, którzy jak się później okazuje, są sympatyczni i pomagają jej, kiedy natyka się na niemiłe towarzystwo innych mężczyzn. Później też uświadamia sobie, że wraz z nimi może spełnić swoje marzenia i zająć się urządzaniem wnętrz. Podejmuje się tego ryzyka i od tej pory musi radzić sobie z wieloma wyzwaniami nowej biznesowej rzeczywistości. Oprócz tego nieustannie pojawiają się jakieś problemy - jej były mąż nie zamierza sobie odpuścić, a jej (z okładki - ,,nowy ukochany zmaga się z pewnymi trudnościami, z których etykietka lokalnego świra jest najmniejszym problemem''). Jak Zosia rozwiąże wszystkie problemy? 

Sięgając po ostatni tom przygód mojej ulubionej bohaterki Zosi nie miałam żadnych obaw, że może mi się coś nie spodobać. Wiedziałam, że autorka mnie nie zawiedzie, całkowicie jej zaufałam po przeczytaniu wcześniejszych części i nie żałuję tego, bo Hanna Cygler zaspokoiła moją ciekawość, a zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło i wywołało ogromny uśmiech na twarzy. Dzięki wciągającej fabule, powieść czyta się w błyskawicznym tempie i nawet się nie obejrzymy, a będziemy czytać ostatnie zdania, które nas tak zaskoczą, że w stanie totalnego osłupienia będziemy trwać przed dobre kilka minut.

Historię tak jak w poprzednich częściach widzimy z perspektywy Zosi, dzięki czemu możemy zobaczyć jak zmienił się jej sposób myślenia, albo to jak zmieniła się ona sama. Kiedy wcześniej swoim zachowaniem mnie irytowała, tutaj takie coś nie miało już miejsca. Dostrzegłam wielką różnicę, w tym jaka była przed studiami, a jaka jest teraz po zdradzie męża i po wielu doświadczeniach życiowych. Postać Zosi jest mi strasznie bliska, bo polubiłam ją i bardzo przeżywałam jej wzloty i upadki, dlatego rozstanie się z nią nie należało do łatwych. Jednak (jak się okazuje) o dalszych losach bohaterów (mam nadzieję, że o Zosi też) opowiada inna powieść Odmiana przez przypadki. Warto też wspomnieć o nowej postaci - Franku, którego możecie kojarzyć po opisie jako jej nowego ukochanego. Od samego początku wydał mi się ciekawą osobą, kreatywną i bardzo energiczną i tak też było do końca. Pisarka stworzyła barwne, wyraziste postaci, które rozwijały się na przestrzeni całej trylogii, albo takie już wprowadziła.

Pisząc dalej o bohaterach, chcę wymienić Witka (byłego męża Zosi), którego zachowanie w drugiej części strasznie mnie rozczarowało i zasmuciło. Stoczył się kilka razy na samo dno, ale umiał się podnieć i tak jest też tym razem. Bo mimo wielu rozczarowań, zawsze oczekiwałam fragmentów, w których będzie jakaś wzmianka o nim. Nowym bohaterem jest też Włodek (przyjaciel Franka), przez którego nastąpiło trochę zamieszań i kłótni, ale pod koniec (na szczęście) całkowicie się zmienił i uznałam go nawet w pewnej chwili za całkiem zabawnego. Jako, że jest to ostatni tom, chcę też wymienić dwóch bohaterów, którzy nie pojawili się niestety już w tej części, ale bardzo ich polubiłam i kiedy czytałam o nich serce zaczynało bić szybciej i nie mogłam zrozumieć tego, że autorka ich tak potraktowała. Ale może właśnie dlatego, że nieustannie mnie czymś szokowała tak polubiłam jej twórczość? W każdym bądź razie chciałabym wspomnieć o takich postaciach jak: Marcin (pierwsza miłość bohaterki) i Mat (przyjaciel Knyszewskiej).

Przyszły niedokonany to powieść obok której nie można przejść obojętnie. Osoby, którym twórczość Hanny Cygler się podoba powinny sięgnąć po tę trylogię, bo naprawdę warto. Nie jest to tylko pozycja dla kobiet, chociaż zapewne właśnie większość osób które sięga po książki tej autorki to właśnie kobiety. Historia opowiada nie tylko o miłości, ale również o innych ważnych wartościach w życiu człowieka i o tym co jest najważniejsze, a czego powinniśmy unikać za wszelką cenę. Na koniec trylogię oceniam na szóstkę, ze względu na to, że pisarka naprawdę postarała się i zakończyła to tak jak każdy by sobie tego życzył, a mimo tego i tak po drodze tysiąc razy każdego zaskoczyłaby. Po drugie ze względu na sentyment i duże przywiązanie do postaci. Zachęcam gorąco!
Moja ocena 6/6, 10/10
Za możliwość przeczytania dziękuję wyd. Rebis!

Trailer:

Oficjalna strona autorki: tu

Trylogia o Zosi Knyszewskiej:
Tryb warunkowy | Deklinacja męska/żeńska | Przyszły niedokonany

niedziela, 14 października 2012

Spójrz mi w oczy - Lisa Scottoline


Tytuł oryginału: Look again
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: wrzesień 2011
Książka dostępna tutaj: .klik.
 „Złe rzeczy są jak fale. Zawsze będą się nam przytrafiać i nikt nic na to nie poradzi. To część życia, tak samo jak fale są częścią oceanu. Jeśli stoisz na brzegu, nigdy nie wiesz, kiedy nadpłyną. Ale nadpłyną. Trzeba tylko pamiętać, żeby po każdej z nich wynurzać się z powrotem na powierzchnię, to wszystko.”

Kiedy zobaczyłam okładkę książki Spójrz mi w oczy i rekomendację Picoult na górze, wiedziałam, że będę musiała tę pozycję przeczytać prędzej czy później. Do tego później doszedł opis, który bardzo mnie zaciekawił, no i stało się - powieść stoi na półce przeze mnie przeczytana i żałuję jedynie tego, że już się skończyła. Przypuszczałam, że może mi się spodobać, ale nie aż tak, snułam domysły nad tym, że może mnie wciągnąć, ale nie aż tak, że nie słyszałabym tego, co do mnie mówią domownicy..

Ellen Gleeson pewnego dnia w skrzynce pocztowej znajduje na ulotce zdjęcie, z którego spogląda na nią jej syn, o imieniu Will. Tylko że ulotka, którą trzyma w ręku, jest o uprowadzonym dziecku. Postanawia jednak nie zaprzątać sobie tym głowy, co na początku jej się udaje, ale po jakimś czasie nie może przestać o tym myśleć. Bohaterka podejmuje się niebezpiecznego zadania - chce dowiedzieć się prawdy, czy naprawdę Will został porwany, czy to po prostu inny chłopiec tylko podobny do jej synka. Jej prywatne śledztwo od początku nie idzie odpowiednim torem, nieustannie coś jest nie tak, a mimo to - nie poddaje się. Ellen na okrągło wyobraża sobie, co zrobi, kiedy to wszystko okaże się prawdą. Czy odda go jego biologicznym rodzicom? Na dodatek, gdy jest już blisko prawdy okazuje się, że życie jej i życie synka wisi na włosku..

Lisa Scottoline jest autorką licznych bestsellerów, a jej książki ukazały się w trzydziestu dwóch krajach, w łącznym nakładzie ponad trzydziestu milionów egzemplarzy. W Polsce do tej pory mogliście zapoznać się z jej twórczością w powieści Ocal mnie, a teraz przyszła pora na kolejną - Spójrz mi w oczy. To było jednak moje pierwsze spotkanie z piórem tej pisarki i uważam je za całkowicie udane, ponieważ historia wciągnęła mnie już od pierwszej strony i tak naprawdę nie mam praktycznie jej nic do zarzucenia. Może jedynym minusem jest to, że mimo napięcia (które towarzyszy podczas całej lektury) w pewnym momencie zaczęłam się nudzić, bo chciałam, aby w końcu się to wyjaśniło. Scottoline wprowadziła kilka pobocznych wątków, które właśnie wtedy, gdy powieść zaczęła mi się dłużyć, były najważniejsze. A później miałam wrażenie, że wybuchł wulkan, bo to co rozegrało się na kartkach tej pozycji wprawiło mnie w ogromne zdziwienie.

Są  książki, o których od razu po przeczytaniu się zapomina i takie, które pozostają w nas naprawdę na długo. To właśnie o nich nieustannie rozmyślamy, zadajemy sobie pytania, co zrobilibyśmy na miejscu bohaterów, co wtedy czulibyśmy itd. Do takich powieści zawsze należały te Jodi Picoult, a dzisiaj dołącza do nich Spójrz mi w oczy. Bo mimo tego, że zakończenie było całkiem pomyślne, nie wyobrażam sobie tego koszmaru, przez który przejść musiałaby matka adoptowanego dziecka.

Lisa Scottoline pisze prostym, przystępnym językiem, dzięki któremu łatwo jest zrozumieć wiele procedur prawa rodzinnego, czy też informacji związanych z medycyną. Autorka skonstruowała bardzo udaną fabułę, w której ciężko doszukać się czegoś, co by do niej nie pasowało. Warto też wspomnieć o kreacji bohaterów, którą uważam za całkiem ciekawą. Poznajemy Ellen, która jest dziennikarką i matką Willa. Spotkamy też Marcelo, który jest naczelnym Ellen, Sarah - jej wredną koleżankę z pracy, Connie - opiekunkę Wila i wielu innych, którzy przyczynią się do całkowitej zmiany w życiu bohaterki. W postaciach, które wymyśliła pisarka można doszukać się wielu cech, które każdy z nas posiada. Dzięki temu lepiej możemy zrozumieć ich postępowanie, przewidzieć to co zaraz zrobią itp.

Spójrz mi w oczy polecam przede wszystkim osobom, które lubią powieści obyczajowe wzorowane na prawdziwych wydarzeniach. Jestem też pewna, że jeśli twórczość Picoult do Was przemawia, ta też będzie, a może nawet bardziej? To pozycja, która wciąga od pierwszych stron i która sprawia, że nie można o niej od razu zapomnieć. Polecam gorąco. :)
Moja ocena 5/6, 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Pani Ani i wyd. Prószyński i S-ka! :)