wtorek, 30 grudnia 2014

Grim. Dziedzictwo światła - Gesa Schwartz

„Bo na tym właśnie, panie i panowie, polega prawdziwa wolność człowieka: to wiara w to, że wszystko możliwe. W tymże sensie życzę państwu serdecznie, aby dali się państwo poruszyć czarowi tych artefaktów, nierzadko mających tysiące lat... i kto wie... może pozwolić, aby państwa przemieniły?''

Muszę się do czegoś przyznać. Jestem totalnie zakochana w Grimie. Nie, nie chodzi mi tylko o całą historię, cykl, ale też o bohatera. Rok temu przeczytałam pierwszy tom w dwa dni i nie poszłam wtedy też do szkoły. Historia opowiedziana przez Gesę Schwartz wywarła na mnie ogromne wrażenie i od czasu jej przeczytania, cały czas o niej komuś opowiadałam. Przyszła kolej na część drugą, która mnie trochę... co ja piszę, bardzo wkurzyła, ale nie przestałam przez to być zakochana po uszy w Grimie. Bo przecież w prawdziwym związku są wzloty i upadki, nie? U nas też były, a jakże.

Druga część jest w skrócie o tym, jak przed otwarciem w Luwrze wystawy magicznych artefaktów, Paryżem wstrząsa seria makabrycznych morderstw, a wszystko wskazuje na to, że ich sprawcą jest jakaś Innostota. Gargulec wraz z Mią próbują podążać tropem mordercy, ale szybko okazuje się, że staną w obliczu istot, o których dotąd słyszeli tylko legendy. Ciemni Alfowie, z którymi się zetkną, będą tylko przykrywką, bo za nimi kryje się coś znacznie potężniejszego, co może zmienić cały świat.

Dziedzictwo światła jest świetne, serio. Ponownie można spotkać się z sarkastycznym i wiecznie narzekającym Grimem, którego nie sposób nie lubić i któremu ma się ochotę wiecznie kibicować. Jest też Mia, ludzkie dziecię, która dużo poświęca, jest pomocna, uparta, odważna i wprowadza do książki normalność od tego przesycenia światem fantastycznym. Nie można zapomnieć o cudownym i przeuroczym koboldzie, którego sama obecność powoduje, że kąciki ust wędrują do góry. Mogłabym wymieniać tak bez końca, bo na stronach tej opowieści pojawia się mnóstwo bohaterów - zarówno już tych znanych, ale też dużo nowych i każdy z nich wnosi coś do tej pozycji. 

Największym atutem tej książki jest dla mnie jednak ukazanie przez pisarkę świata przedstawionego. Każde miejsce, które odwiedzili Mia z Grimem i towarzyszami było opisane ze wszystkimi szczegółami, których czytanie w żaden sposób nie nudziło. Gesa Schwartz otwierała przede mną co rusz jakieś nowe drzwi pełne magii, nowych istot i za każdym razem byłam jeszcze bardziej oczarowana niż wcześniej. Zwykłe miejsca stały się miejscami niezwykłymi, pełnymi fantastycznych postaci. W książce zostają przybliżone również różne motywy: przyjaźni, walki dobra ze złem, dążenia do władzy i pomimo, że dla niektórych wydają się już trochę schematyczne i utarte, dla mnie w przypadku Grima takie nie były. Ważne było też podtrzymanie napięcia - książka liczy sobie prawie 700 stron i gdyby nie była ciekawa, miała mało punktów zwrotnych, to miałabym ochotę ją wyrzucić przez okno. I miałam, ale to z innego powodu.
Tym powodem są błędy, błędy i jeszcze raz błędy. Literówki, brak jakiegoś wyrazu w zdaniu, samotna literka, która nie pasuje do żadnego słowa, nieodmienione wyrazy, Grim zamieniony na Gruma, brak myślników w dialogach, miecz stał się meczem, Mia poczuł i w ogóle... Mogę tak wypisać Wam całe dwie kartki. Ale nie będę. Moja złość podczas czytania Dziedzictwa światła tylko czekała na możliwość wypłynięcia na światło dzienne. No bo cholera jasna! Tego się czytać w pewnych momentach nie dało, kiedy co kilka stron, a czasami nawet na jednej zdarzało się takich błędów kilka. Jeszcze byłoby okej, gdybym tego nie wypisywała. Ale chcę oszczędzić innym tego, przez co ja przechodziłam, czytając drugi tom. Miałam wrażenie, że ta książka nie przeszła żadnej korekty, a osoba, która była za to odpowiedzialna, zawaliła na całej linii. W sumie nie to, że miałam wrażenie, tak jest serio. Gdybym zapłaciła za tę książkę 50, zł kazałabym tej osobie ją zjeść. Miałam ochotę nią rzucać. Powstrzymała mnie niesamowita fabuła, cudowni bohaterowie, fantastyczny język i styl autorki. Ale proszę, poprawcie to!

Niezbyt też spodobało mi się powtarzanie pewnych sytuacji. Przez praktycznie całą powieść bohaterom na drodze stają pewne istoty, ich walki się powtarzają, w końcu zlewają w jedno. Z czasem wydaje się, że przebiegają zbyt łatwo, a za chwilę i tak są zmuszeni do ponownego bronienia się. I tak w kółko.

Nie zmienia to jednak faktu, że darzę Grima bezwarunkową miłością. Dziedzictwo światła to opowieść napisana z wielkim rozmachem, która potrafi wciągnąć czytelnika bez reszty i sprawić, by zapomniał o całym otaczającym go świecie. Ja zapomniałam i dałam porwać się specyficznej atmosferze książki i z wielką niecierpliwością będę oczekiwać kolejnego tomu. Tylko błagam, zróbcie coś z tymi literówkami, błędami i innymi strasznymi rzeczami.
Ocena 4+/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Jaguar.

niedziela, 21 grudnia 2014

Wyniki świątecznego konkursu!

Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z wynikami świątecznego konkursu, w którym ktoś z Was mógł wygrać książkę trzech znanych amerykańskich pisarzy (Green, Myracle, Johnson), czyli W śnieżną noc. Dziękuję wszystkim, którzy się zgłosili! :) Wygrywa Anastazja B. z taką odpowiedzią:

Gratuluję! :) Trudno było wybrać tylko jedną odpowiedź, ale tym razem ta najbardziej do mnie trafiła. Odezwę się do Ciebie za chwilę na podany mejl :).

sobota, 20 grudnia 2014

Mroczna bohaterka. Jesienna Róża - Abigail Gibbs

Dwór, moje dziecko, jest jak akwarium. Wszyscy przypatrują się dużym i ładnym rybom. Tyle że to bez sensu, bo żadne z nas rybą nie jest. My się po prostu topimy.''

Rok temu przeczytałam pierwszą część z serii Mroczna bohaterka, która wywarła na mnie dość spore wrażenie i nie mogłam doczekać się momentu, w którym sięgnę po jej kontynuację. Jednak kiedy już to zrobiłam, zdałam sobie sprawę, że moja wizja drugiego tomu znacznie odbiega od tej, którą przedstawiła Abigail Gibbs w Jesiennej Róży I nie piszę tego po to, by teraz dać Wam znać, że dzięki temu jest lepiej, fajniej i w ogóle fantastycznie. Otóż jest niestety gorzej. 

Druga część jest przede wszystkim o Jesiennej Róży, piętnastolatce, która nie jest zwykłą uczennicą, a dziewczyną władającą magią Mędrców i dziedziczką tytułu książęcego. W szkole średniej oprócz nauki ma za zadanie chronić uczniów przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ataki zabójczych Extermino, przez których do miasteczka na pomoc dziewczynie przybywa syn króla Mędrców. Do tej pory zostawiona sama sobie Jesienna Róża będzie musiała nauczyć się pracować z kimś jej podobnym oraz odkryć, co łączy ją z Pierwszą Mroczną Bohaterką - Violet. 

Wydaje mi się, że kontynuacja Kolacji z wampirem nie przypadła mi do gustu tak, jak myślałam, że przypadnie, ze względu na zmianę głównej postaci. Chciałam od razu dowiedzieć się, co słychać u Violet i co ciekawego wyrabia się w jej nowym, dziwacznym życiu. Zamiast tego dostałam piętnastolatkę, która właściwie nie wyróżniała się na początku niczym szczególnym, a bardziej irytowała mnie swoją beznadziejnością i po prostu byciem Jesienną Różą. Później zaczęła się zmieniać, a na koniec powieści nawet ją polubiłam, ale nie zmienia to faktu, że poznania jej nie będę wspominać miło.

O losie, niech te wszystkie lata lekcji etykiety nie pójdą na marne!
- Eeee... cześć.''

Abigail Gibbs można zarzucić też niepotrzebne przedłużanie fabuły przez poświęcenie praktycznie całego tomu na przedstawienie życia dziedziczki tytułu książęcego. Rozumiem, że było to potrzebne, ale można było to po prostu ująć w jakichś dłuższych opisach. Bo tak naprawdę przez większą część tej książki nic się nie dzieje - są jakieś fragmenty, w których akcja nabiera tempa i czuć lekki dreszcz emocji, ale ten kulminacyjny punkt następuje dopiero pod koniec. Wtedy też dowiedzieć się można co stało się z życiem Violet i innych bohaterów, których poznało się w tomie pierwszym. Dopiero w tym momencie rozwiązuje się wiele spraw i coś konkretnego zaczyna się dziać. Szkoda, że czekać na to trzeba było kilkaset stron. Nie podobała mi się też bijąca z tej historii infantylność, której autorka nawet nie próbowała się chyba pozbyć. Obecna była już wcześniej, ale tutaj widać ją wyraźniej. 

Największym atutem tej książki jest ukazanie przez pisarkę dziewięciu wymiarów, które reprezentuje dziewięć rodzajów mrocznych istot. Tutaj zostaje poświęcone temu zagadnieniu wiele więcej uwagi, dzięki czemu czytelnik może teraz lepiej zrozumieć niektóre rzeczy i łączyć ze sobą pewne fakty. Kolejnym plusem jest prastara przepowiednia, która się rozwija i więcej osób zaczyna być w nią zaangażowanych, dzięki czemu zapewne w kolejnych częściach stanie się w końcu głównym tematem tego cyklu. Podobał mi się również humor, który pojawiał się co jakiś czas na kartach tej powieści i sprawił, że odebrałam ją trochę lepiej.

Nie zmienia to jednak faktu, że Jesienna Róża jest niestety średnią kontynuacją. Należałam do nielicznej grupy osób, którym pierwsza część bardzo się podobała, ale nie mogę napisać tego o drugim tomie. Był przeciętny przez przedłużenie fabuły i tak naprawdę dopiero jego zakończenie przypomniało mi, jak dobrze bawiłam się czytając Kolację z wampirem. Dlatego też mam nadzieję, że trójka będzie równie dobra jak jedynka, a autorka skupi się na tym co trzeba, nie będzie wprowadzać niepotrzebnych wątków i, że jej styl się poprawi.
Ocena 3+/6
Książka otrzymana od Business & Culture.

+ Przypominam o konkursie, w którym ktoś z Was może wygrać W śnieżną noc - trwa do północy :).

niedziela, 7 grudnia 2014

KONKURS, wygraj ''W śnieżną noc''!

Czeeść! Jakiś czas temu zapowiadałam, że zorganizuję z Bukowym Lasem na NP konkurs, w którym ktoś z Was będzie mógł wygrać jeden egzemplarz książki W śnieżną noc. Więc oto jest! :D Dodam tylko, że opowiadania są super i naprawdę warto je przeczytać :).

Wystarczy w komentarzu podać swój e-mail, oraz odpowiedzieć na pytanie/zadanie konkursowe (i tutaj sobie wybieracie jedno, na które chcecie odpowiedzieć):
  1. Opisz swoją ciekawą historię z ubieraniem choinki.
  2. Jaka jest według Ciebie wizja idealnych świąt?
  3. Jeśli podczas świąt przydarzyła Ci się jakaś niecodzienna, dziwna albo śmieszna sytuacja - opisz ją :).

Konkurs trwać będzie do 20 grudnia. Wygra osoba, której odpowiedź najbardziej mi się spodoba (będzie najciekawsza, najbardziej się wyróżniająca itd.). Wyniki podam na blogu następnego dnia i odezwę się na podany e-mail. 
Powodzenia! :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Nowe na półce {27}

Ostatni stos pokazywałam na początku października. Później mijało się to trochę z celem, bo w tamtym właśnie miesiącu do mojej biblioteczki trafiła aż jedna książka :). W listopadzie przybyło ich trochę więcej, chociaż też niezbyt dużo. Przestaję kupować książki, bo później jest mi głupio, że ich nie czytam, dlatego też wyprawy do empiku czy jakichś księgarń nie kończą się tak jak kiedyś :P. W końcu też doczekałam się premiery mojego kochanego Grima i na dniach zacznę go czytać. Przechodzimy do stosu.
  • Przebudzenie, S. King - uwielbiam twórczość tego autora, więc nie mogłabym nie chcieć przeczytać jego nowej powieści. Poza tym zapowiada się naprawdę świetnie. Od AGW.
  • Mroczna bohaterka. Jesienna Róża, Abigail Gibbs - właśnie skończyłam ją czytać, więc recenzja pojawi się jakoś w tym tygodniu, ale jest gorzej niż w przypadku części pierwszej :/. Od Business & Culture.
  • Zielona sukienka, Małgorzata Szumska - kupiłam ją na Kontynentach Lubelskich, o których ostatnio pisałam na blogu i przy okazji mam też autograf autorki :).
  • W śnieżną noc, Green, Johnson, Myracle - kilka dni temu pojawiła się recenzja, więc zachęcam do przeczytania jej. Książka jest super i będzie można ją wygrać w konkursie, który pojawi się niedługo na NP. Od Bukowego Lasu.
  • Grim. Dziedzictwo światła, Gesa Schwartz. Okej, nawet nie wiecie w jaką ekscytację wpadłam, gdy otworzyłam paczkę i w końcu mogłam potrzymać w rękach ten ogromny tom. I jeszcze na skrzydełku jest fragment mojej recenzji. No i to jest Grim, więc sami rozumiecie. *.* Od Jaguara :D. 
Znaleźć możecie mnie też na: instagramiefacebooku.

Miłego tygodnia :)

sobota, 29 listopada 2014

W śnieżną noc - Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle

„Nic tylko biel wszędzie, jakby ktoś opakował całe miasto w śnieg niczym świąteczny prezent.''

Kiedy dowiedziałam się, że w Polsce zostanie wydana książka, w której znajdują się trzy opowiadania świąteczne, w tym jedno Johna Greena, wiedziałam, że będę musiała je przeczytać. Nie znałam żadnych utworów dwóch pozostałych autorek - Maureen Johnson i Lauren Myracle, ale teraz wiem, że koniecznie muszę je nadrobić, bo piszą świetnie i mają naprawdę ciekawe pomysły. Natomiast sam zbiór świątecznych opowieści wypadł bardzo dobrze i z pewnością wrócę do niego jeszcze raz podczas nadchodzących świąt.

O czym jednak one są? We wszystkich akcja rozgrywa się w Wigilię w miasteczku Gracetown, które zostało zasypane przez jedną z największych śnieżyc od wielu lat. To komplikuje życie nie tylko mieszkańców, ale również tych, którzy chcieli się dostać gdzieś dalej. Bohaterowie będą przedzierać się przez zaspy samochodem rodziców, wykąpią się w przeręblu albo pójdą na wczesną zmianę w Starbucksie... A to wszystko może doprowadzić ich do spotkania z miłością. Bo w śnieżną noc, kiedy działa magia świąt, zdarzyć się może wszystko...

Pomimo tego, że opowiadania łączą się ze sobą, wszystkie są dowcipne, romantyczne i napisane na podobnym poziomie, to najlepszym według mnie jest to pierwsze, które napisała Maureen Johnson. Podróż wigilijna, bo tak się ono nazywa, wywarło na mnie największe wrażenie chyba ze względu na przedziwną przygodę bohaterów i wiele elementów świątecznych, które wprowadziły ten magiczny nastrój. To właśnie ta historia miłosna przedstawiona przez pisarkę najbardziej mnie urzekła.
Kolejną jest Święta patronka świnek Lauren Myracle, w której oczarowała mnie wizja świąt z mikroświnką (nie będę więcej zdradzać, warto przeczytać samemu!). Natomiast opowiadanie Johna Greena, Bożonarodzeniowy cud pomponowy spodobało mi się najmniej, co nie oznacza jednak, że było złe. Po prostu nie mogłam z początku poczuć tego śnieżnego, świątecznego klimatu i nastąpiło to dopiero gdzieś w środku historii. Wszystkie teksty łączy za to prosty, ale nie banalny język i nie jest to wadą, bo celem ich jest wprowadzenie czytelników w klimat świąt, a zostało to zrobione w fajny sposób. 

Nie lubię za bardzo opowiadań, bo zazwyczaj każde jest o czymś zupełnie innym, a gdy zaczyna się dziać coś ciekawego, to zaraz się to kończy. Tutaj jednak jest zupełnie inaczej, dzięki temu, że każda z opowieści się ze sobą łączy. Mieszkańcy miasteczka Gracetown znają siebie nawzajem i dlatego w drugim opowiadaniu będziemy mogli przeczytać o jakiejś postaci z pierwszego, a w trzecim z drugiego itd. Według mnie to był genialny pomysł, ponieważ wszystkie historie zostały ze sobą powiązane, a ja w trakcie czytania mogłam o poszczególnych bohaterach dowiadywać się czegoś więcej.

W śnieżną noc to warta uwagi i przeczytania książka, dlatego też teraz mogę ją wam z całego serca polecić na okres świąteczny. Warto poznawać nowe utwory, a Opowieść wigilijną każdy zna już na pamięć. Dlatego jeśli nie macie pomysłu co czytać w święta, to polecam trzy opowiadania napisane przez znanych amerykańskich pisarzy, które sprawdzą się idealnie w te magiczne dni.
Ocena 5/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Bukowy Las. 

niedziela, 23 listopada 2014

Karmiciel kruków - Łukasz Malinowski

„Nie wiedział, co zrobić. Nie umiał też nazwać uczuć, które nim zawładnęły i ścisnęły za gardło. Wolałby, by była to pętla zarzucona przez nieprzyjaciela. Wiedziałby chociaż, jak się obronić.''

Skald. Karmiciel kruków zapowiadał się naprawdę fantastycznie - w końcu okładkowa krwawa, mityczna podróż w głąb wikińskiej duszy mówiła sama za siebie, że będzie się dużo działo. I o ile początek wydał mi się całkiem ciekawie napisany, to później zaczęło robić się coraz gorzej... W każdym razie musicie wiedzieć, że powieść Łukasza Malinowskiego to tak naprawdę dwa krótkie opowiadania i jedno, końcowe trochę dłuższe. W jakiś sposób łączą się ze sobą, ale w każdym z nich poruszany jest zupełnie inny problem.

Głównym bohaterem jest Ainar Skald, który dążąc do zdobycia skarbu wywoła małą wojnę, by potem schronić się przed zemstą na Wyspie Lodów, gdzie będzie musiał pozbyć się w pojedynku na pieśni upiora drauga. Na koniec wyląduje na Wyspie Irów, w klasztorze, w którym jego gospodarzami będą mnisi borykający się z pewną zagadką. Otóż ktoś zabija ich towarzyszy i pozostawia po sobie za każdym razem pewien charakterystyczny ślad. Tym będzie miał zająć się Skald, który przy okazji przypomni sobie o swojej przeszłości. To wszystko rozgrywa się w X wieku, w Skandynawii, gdzie władcy walczą o władzę i bogactwa, a chrześcijańscy misjonarze próbują wprowadzić nową wiarę. 

Powieść Łukasza Malinowskiego zaczęła się dobrze i miałam nadzieję, że dalej również taka będzie. Ale już po kilkunastu stronach pojawiły się pewne problemy. Największym są przypisy. Rozumiem, że są potrzebne skoro pojawia się tyle dziwnych nazw, ale chwilami pojawiały się one na każdej stronie i zajmowały praktycznie połowę kartki. Nikt nie lubi przerywać lektury, by czytać przypisy, a w szczególności aż tyle. Później już na szczęście ich raczej nie było, nie zmienia to jednak tego, że na wstępie okropnie irytowały. 
Minusem jest też akcja powieści, opowiadań. Liczyłam, że będzie dziać się sporo, że będą towarzyszyły mi przy tym jakieś emocje i będę to jakoś przeżywać. Oprócz jakichś dwóch momentów w całej książce, więcej czegoś takiego nie było. Właściwie większa część tej historii mnie nużyła i odkładałam ją wiele razy, a potem zmuszałam się do tego, by ją jednak jakoś skończyć. Drugie opowiadanie - Pieśń trupa byłoby całkiem okej, gdyby nie podobieństwo do Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego...

Najciekawszą częścią Karmiciela kruków jest ostatni tekst, Wielość i Jedność, bo tutaj akcja trochę przyspiesza i zaczyna dziać się coś naprawdę ciekawego. Co prawda pomysł też nie został do końca wykorzystany i przez większą część główny bohater się nudzi i czytelnik też, ale jest na pewno lepiej niż wcześniej. Największym atutem książki jest Ainar Skald, który jest bohaterem dość tajemniczym, groźnym, odważnym, ale skrywającym gdzieś w głębi siebie jakieś pozytywne cechy. Potrafił mnie chwilami rozbawić, oczarować, ale też i wkurzyć. Kreacją na którą warto zwrócić uwagę jest również pewna mała dziewczynka, która wniesie mnóstwo chaosu w życie nie tylko całego klasztoru, ale i Skalda.

Karmiciel kruków wypadł raczej średnio. Oczekiwałam od niego chyba zbyt wiele i dlatego tak się na nim zawiodłam. Łukasz Malinowski miał naprawdę świetny pomysł i myślę, że lepiej by on wypadł, gdyby nie dzielił powieści na trzy teksty, a stworzył taką, w której ta Skandynawia z X wieku zostałaby jakoś fajnie ukazana. Bo pisze dobrze i ma super styl, ale niestety niektóre fragmenty są nudne i książka na tym traci.
Ocena 3+/6

wtorek, 18 listopada 2014

W śnieżną noc, czyli o wspomnieniach słów kilka

Do świąt pozostało jeszcze trochę czasu, ale przecież o tym magicznym okresie można zacząć mówić już dużo wcześniej. Przynajmniej ja nie mam nic przeciwko temu, jak i wszystkim dekoracjom, które pojawiają się we wszystkich galeriach, sklepach już w listopadzie albo i pod koniec października. Tworzą za to taką ciepłą atmosferę i pomagają w oczekiwaniu na te cudowne dni. Może nie pisałbym o tym na blogu, gdyby nie to, że w ostatnim tygodniu dotarła do mnie pewna książka, w której znajdują się świąteczne opowiadania o miłości. Sam fakt, że ma zimową okładkę, a jednym z autorów jest John Green zachęcił mnie do tego, aby po nią sięgnąć. Nie będę się o niej dzisiaj rozwlekle rozpisywać, bo jeszcze jej nie skończyłam, ale za to mam co innego w planach :).

Chciałabym wprowadzić Was jak i siebie w nastrój śnieżnej, wigilijnej nocy. U mnie przede wszystkim pierwszymi objawami niecierpliwego oczekiwania na święta są piosenki. Potrafię zacząć je słuchać już we wrześniu i wyobrażać jak będzie fajnie za kilka miesięcy, kiedy nie będę musiała rano iść do szkoły, będę mogła zawiesić lampki u siebie w pokoju, ubrać choinkę i poprzeszkadzać w kuchni.

Co zaś tyczy się samej Wigilii, to u mnie w domu bywa z nią różnie. Jak byłam małą dziewczynką, zawsze szukałam pierwszej gwiazdki na niebie i biegałam po całym domu z okna do okna. Ale nawet jak się pojawiła, to nie zmieniało to nic, bo dorośli musieli dokończyć gotowanie, sprzątanie i inne tego typu rzeczy. Teraz jest podobnie :). Ubieranie choinki przypada mnie i potrafię spędzić nad nią stanowczo za dużo czasu i rozważać kilka minut, gdzie powiesić tę bombkę, tego mikołaja, tego cukierka, tego... Tak. :D Najfajniejsze w tym dniu jest to, że wszyscy starają się być dla siebie mili nawet pomimo jakichś różnic zdań i po prostu cieszyć się z tego, że są razem i mają czas porozmawiać na tematy, których nie porusza się na co dzień. Poza tym nie można zapomnieć o jedzeniu, na które przynajmniej ja czekam chyba najbardziej *.*. I o śniegu, bo święta bez śniegu są takie trochę nijakie. 

Nie wyobrażam sobie też tego okresu lenistwa bez filmów takich jak Holiday, Listy do M., Love Actually i oczywiście książek :). Opowieść wigilijną każdy już zna, a w tym roku warto zwrócić uwagę na coś nowego - W śnieżną noc autorstwa Maureen Johnson, Johna Greena i Lauren Myracle. O czym jest?

Punktem wyjścia jest burza śnieżna, która w Wigilię kompletnie zasypuje miasteczko Gracetown. Na tle lśniących białych zasp pięknie prezentują się prezenty przewiązane wstążeczkami i kolorowe światełka połyskujące w nocy wśród wirujących płatków śniegu. 

Śnieżyca zamienia małe górskie miasteczko w prawdziwie romantyczne ustronie. A przynajmniej tak się wydaje... Bo przecież przedzieranie się z unieruchomionego pociągu przez mroźne pustkowia zazwyczaj nie kończy się upojnym pocałunkiem z czarującym nieznajomym. I nikt nie oczekuje, że dzięki wyprawie przez metrowe zaspy do Waffle House uda się odkryć uczucie do wieloletniej przyjaciółki. Albo że powrót prawdziwej miłości rozpocznie się od nieprzyzwoicie wczesnej porannej zmiany w Starbucksie. Jednak w śnieżną noc, kiedy działa magia Świąt, zdarzyć może się wszystko…

Premiera 19 listopada, czyli już jutro. Ja swój przedpremierowy egzemplarz już mam i powoli staram się czytać. :) Tradycyjnie na blogu możecie spodziewać się recenzji i konkursu, w którym ktoś w prezencie świątecznym dostanie ode mnie i wydawnictwa tę książkę. :>

Jesteście ciekawi nowej książki, w której znajdzie się jedno opowiadanie Greena? A może znacie inne pozycje, które nawiązują do świąt? Piszcie, chętnie przeczytam! ^_^

sobota, 15 listopada 2014

Kochanice króla - Philippa Gregory

W byciu nikim ważnym nie ma nic złego.''

Mam całą listę książek, które muszę koniecznie przeczytać w przyszłości i jedną z takich pozycji były właśnie Kochanice króla Philippy Gregory. Zabierałam się do nich parę lat, a kiedy powieść trafiła na moją półkę, w końcu dałam jej szansę. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to drugi tom Cyklu Tudorowskiego (ogarnęłam to dopiero w trakcie czytania...), ale nie miałam żadnych problemów w zrozumieniu fabuły, więc myślę, że można go śmiało czytać bez znajomości Wiecznej księżniczki

Philippa Gregory przedstawia historię Henryka VIII, a bardziej jego związku z drugą żoną, Anną Boleyn, która walcząc o serce króla i władzę z siostrą Marią potrafiła zrobić dosłownie wszystko. Dlatego też intrygi, kłamstwa i zdrady ze strony Anny nie były czymś dziwnym i zaskakującym, a wręcz normalnym. Król Anglii miał sześć żon i wiele kochanek, znany był z bycia hazardzistą, kobieciarzem i tyranem. Autorka pokazuje również funkcjonowanie dworskiego życia oraz polityczne i religijne konflikty ówczesnej Europy. Nie można też zapomnieć o obrazie szokujących zwyczajów, które panowały na dworze Henryka VIII.

Kochanice króla czytałam ponad miesiąc. Nie dlatego, że książka mnie nudziła, czy była mało ciekawa, a ze względu na obowiązki szkolne i również sam fakt, że jest obszerna. Kiedy już zaczęłam czytać, mogłam siedzieć tak cały dzień, ale kiedy już ją odłożyłam, trudno było mi do niej powrócić. Na koniec przyczyniło się do tego też to, że miałam trochę dość świata krnąbrnego króla i jego zawiłości miłosnych. Przebywanie tak długo w jego historii stało się trochę męczące. 
Nie zmienia to jedna faktu, że powieść wywarła na mnie spore wrażenie, a styl i język pisania autorki zachęcił do sięgnięcia po inne jej pozycje. Philippa Gregory przedstawia czytelnikom świat ówczesnej Europy ze wszystkimi szczegółami, a robi to w sposób, który potrafi jeszcze bardziej zaciekawić do dalszego czytania czy szukania informacji na własną rękę. Dzięki tej książce lepiej poznałam tło historyczne tamtych czasów i z pewnością więcej informacji stało się dla mnie bardziej zrozumiałych. 

Największym atutem Kochanic króla jest barwna i wyrazista kreacja bohaterów. Pisarka pomimo ogromnej liczby postaci, które umieściła w swojej historii, potrafiła każdą z nich przedstawić na tyle dokładnie, aby czytelnik nie miał problemu z przypomnieniem sobie później, kim ta osoba tak naprawdę jest. Najbardziej polubiłam Marię, która pomimo swojego niezdecydowania potrafiła walczyć o swoje, a przy tym była jedną z najnormalniejszych i najprawdziwszych ludzi na dworze. Anna za to najbardziej zaskakiwała, a jej czarny charakter wniósł do historii dużo świeżości. Poza tym wszyscy i wszystko się tutaj ze sobą wiązało, nie było żadnych sprzeczności czy niezrozumiałych fragmentów. Gregory budowała świat, w którym nie żyła, a czytając ma się wrażenie, że zdaje czytelnikom relację z tamtego okresu panowania króla Henryka VIII.

W Kochanicach króla prawda historyczna została połączona z fikcją literacką w genialny sposób. Lekki styl pisarki powoduje, że z powieścią można spędzić cały dzień dobrze się bawiąc i przy tym nie nudząc. W książce zostają poruszone problemy tamtych czasów - kobiet, które nie miały praktycznie żadnych praw i były tylko pionkami w rękach mężczyzn, niesprawiedliwości w wydawaniu wyroków i wiele wiele innych. Przygoda z tą historią pomimo, że już przesądzoną wywołuje wiele emocji i pozostawia nadzieję, że wszystko może skończy się zupełnie inaczej... 

Ogólnie rzecz biorąc jestem oczarowana piórem Philippy Gregory i gorąco polecam zapoznać się z jej twórczością. Myślę, że gdybym nie czytała książki w ciągu roku szkolnego, a w wakacje - skończyłabym ją dużo szybciej niż w ponad miesiąc, a sam świat za panowania najsłynniejszego króla Anglii na koniec nie męczyłby mnie. Bo jest przecież stworzony w tak fascynujący i mistrzowski sposób!
Ocena 5/6
Książka otrzymana od GW Publicat.

niedziela, 9 listopada 2014

Zew księżyca - Patricia Briggs

Tańcz, kiedy śpiewa księżyc i nie płacz z powodu kłopotów, które jeszcze nie nadeszły.''

Okładka wołająca o pomstę do nieba, opis, który niespecjalnie intryguje. Dlaczego więc przeczytałam Zew księżyca? Sama do końca nie wiem, książkę dorwałam kiedyś na jednej z wymian, a w ostatnich tygodniach mój wzrok zatrzymywał się właśnie na niej. Stwierdziłam, że pora dać jej szansę, a że o wilkołakach ostatnio czytałam... dawno temu, to był to kolejny argument za tym, by poznać twórczość  Briggs.

Mercedes Thompson ma swój warsztat samochodowy, w którym naprawia właśnie furgonetkę należącą do wampira. Jej sąsiadem jest za to wilkołak, który nieustannie próbuje uprzykrzyć jej życie... Sama wie, że nie wchodzi się wilkołakom w drogę, bo w innym wypadku mogą być niebezpieczne. Dlatego stara się zachować ostrożność, co nie jest do końca łatwe, bo zarówno one jak i ona potrafią się nawzajem rozpoznać. Mercedes nie jest do końca zwyczajna, a to właśnie wpakuje ją w kłopoty, które prawie wcale jej nie dotyczą.

Patricia Briggs ma lekki, swobodny styl, dzięki któremu łatwo jest wejść w świat przez nią stworzony. A jest to świat, w którym swój prym wiodą przede wszystkim wilkołaki, chociaż nie można zapomnieć również o wampirach, wiedźmach i innych różnych dziwactwach, które czasami ze sobą współpracują, wiążą, zostają wrogami i to dzięki temu wymieszaniu istot paranormalnych książka stała się z pewnością dużo ciekawsza i bogatsza.
Zew księżyca to takie czytadło urban fantasy, przy którym miło spędza się czas i od którego z trudem się oderwać, ale nie ma w sobie nic wyjątkowego. Bo okej - czyta się tę powieść w mgnieniu oka, ma swoje lepsze i gorsze fragmenty, całość trzyma się jako tako, ma trochę wyrazistych bohaterów. Ale chyba nie ma jakiegoś mocnego plusa, który mógłby spowodować, że ta pozycja stanie się jedną z moich ulubionych. Nie czytałam jej z wypiekami na twarzy, nie przypominam sobie fragmentów, które mnie rozbawiły - a tego oczekiwałam po książce, która miała być mrocznym urban fantasy.

No właśnie. Zabrakło też trochę klimatu. Skoro są istoty paranormalne, a przede wszystkim wilkołaki, powinno być mrocznie, tajemniczo. Było tak tylko kilka razy, a powinno utrzymywać się przez całą książkę. Podobało mi się za to pokazanie jak funkcjonuje społeczność wszystkich nieludzi, chociaż też nie wszystko zostało tu wyjaśnione. Polubiłam za to główną bohaterkę, co samo w sobie jest już jakimś sukcesem książki - wydała się całkiem okej, no i nie mogę nie wspomnieć o jej sąsiedzie - po przeczytaniu tego tomu mam ochotę pokroić się z ciekawości i dowiedzieć co dalej się z nim dzieje.

Ogólnie rzecz biorąc Zew księżyca polecam. Ale nie aż tak, że mam ochotę o tej książce gadać i się nie zamykać. Miło ją wspominam, dzięki niej oderwałam się od szkolnej rzeczywistości, no i w końcu zaczęłam coś czytać. Jeśli nie macie pomysłu po co sięgnąć, a macie akurat u siebie tę pozycję, to wydaje mi się, że i wam powinna przypaść do gustu.
Ocena 4/6

sobota, 18 października 2014

Jak było na kontynentach?

Świetnie! Gdy ktoś czasami pyta się mnie, co mnie ciekawi i inspiruje, to oprócz tych standardowych odpowiedzi - książek, muzyki, filmów wymieniam gdzieś na początku też podróże. Nie wyjeżdżam co prawda na super wyprawy i nie podróżuję, ale mogę o tym gadać i nie przestawać. Mam też punkty na mapie, które kiedyś muszę zobaczyć. No a teraz z racji tej, że nie bardzo mogę realizować swoje jakieś tam marzenia, to słucham opowieści o nich innych osób.

Dlatego też kiedy kilka miesięcy temu, na Nocy Kultury w Lublinie, przez przypadek trafiłam do bramy, gdzie odbywało się spotkanie z podróżnikami i usłyszałam, że kolejne edycje będą po wakacjach - wiedziałam, że będę na nie chodzić. Kontynenty - Lubelskie Spotkania Podróżnicze jakiś czas temu opublikowały informację o spotkaniu, które miało odbyć się 13 października o 18:00. Gośćmi mieli być Małgorzata Szumska opowiadająca o podróży na Wschód oraz Marta i Andrzej Patyrowie mówiący o swoim rocznym pobycie na Filipinach.

Muszę przyznać, że bardziej byłam ciekawa Filipin - to chyba było powodem tego, że znam ich bloga i obserwuję na fejsie od jakiegoś czasu. Ale okazało się, że opowieść Małgorzaty Szumskiej była równie dobra, bardziej wzruszająca i jakoś lepiej do mnie trafiła. Co nie zmienia faktu, że na obu prelekcjach bawiłam się świetnie i nie chciałam aby się skończyły. 
Filipiny. Dlaczego wybrali się tam aż na rok? Jacy są Filipińczycy? Jak codziennie udawało im się (bądź też nie) dojeżdżać do miasta z dżungli? Jak wygląda jeden dzień na Filipinach? Czy całkiem normalne jest spotkać Filipińczyka mówiącego i śpiewającego po polsku w samochodzie, którym ich przypadkiem ze sobą zabrał? I jak bardzo przerażające może być trzęsienie ziemi dla osób, które się wcześniej z tym nie spotkały? To tylko niewielka część pytań, na które Marta z Andrzejem odpowiadali. Pokazywali wiele zdjęć, filmiki, mówili śmieszne anegdotki i mieli świetny kontakt z nami, słuchaczami. Jeśli ich jeszcze nie znacie, to zapraszam na nafilipinach.com/ i hittheroad.pro/.

Sentymentalno-pijacka podróż na Wschód. Małgorzata powiedziała, że trasę podróży zaplanował dla niej Stalin. Jej dziadek został zesłany do gułagu w Kazachstanie, a babcię przesiedlono z kilkumiesięcznym synem w głąb Syberii. To właśnie ta rodzinna opowieść zainspirowała ją do odwiedzenia tamtych stron. Nie znała języka jadąc tam, nie przyglądała się za bardzo mapom. Opowiada o kolei transsyberyjskiej, samogonie, szamanie, Rosjanach nieznających historii, ludziach, którzy znali jej babcię i których sama spotkała. A wszystko to przekazuje w sposób lekki, czasami zabawny (chwilami doprowadzający do płaczu ^_^), wzruszający i na pewno głęboko zapadający w pamięć. Na koniec dowiedziałam się, że jest autorką Zielonej sukienki - książki, która opowiada właśnie o tej wyprawie na Wschód. Jak zwykle nie mogłam jej nie kupić (bo to książka, rozumiecie) i zdobyłam też autograf Małgosi. Chwilę z nią rozmawiałam i jest baardzo pozytywną osobą, która inspiruje i wywołuje uśmiech na twarzy.
Kontynenty były naprawdę genialne i wiedzą o tym chyba już wszyscy, którzy znają mnie bliżej. Nie mogę doczekać się kolejnej edycji i kolejnych osób, które będą opowiadać o swoich wyprawach. Zachęcam Was do zapoznania się z wyżej wymienionymi blogami lub książką (którą niedługo mam w planach przeczytać). Jeśli jesteście z okolic Lublina to naprawdę warto pojawić się na Kontynentach. :) Co wy myślicie o takich spotkaniach? Są w Waszych miastach? :) Bo według mnie jest to świetny pomysł i działa trochę podobnie do wykładów motywacyjnych, co widziałam po spotkaniu. Każdy kto z niego wyszedł miał uśmiech na twarzy i dyskutował ze swoimi znajomymi lub nieznanymi wcześniej ludźmi o tym, o czym opowiadali goście wieczoru.


,,Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.'' ~R. Kapuściński

Autorką zdjęć jest Patrycja Pająk. Pierwsze pochodzi z fb Kontynentów >stąd<

wtorek, 14 października 2014

Coś do ukrycia - Cora Carmack

„Byłem samotny jak najbardziej oddalony od drzwi kibel w męskim akademiku.''

Dwa miesiące temu przeczytałam tom pierwszy serii Cory Carmack - Coś do stracenia. Nadal dokładnie pamiętam jak wyglądało czytanie tamtej książki - co chwilę wybuchałam histerycznym śmiechem i wycierałam policzki mokre od łez ze śmiechu. Nie potrafiłam wtedy robić przerw w czytaniu i przeczytałam powieść tego samego dnia, którego ją zaczęłam. Dlatego też tego mniej więcej oczekiwałam od drugiej części tego cyklu - Czegoś do ukrycia. I muszę przyznać, że kontynuacja spodobała mi się bardziej, chociaż była mniej zabawna. 

Max Miller to dziewczyna, którą kręcą tatuaże, piercing, ufarbowane na wściekłą czerwień włosy i niegrzeczni chłopcy. I wszystko byłoby z tym okej, gdyby nie nagła wizyta jej rodziców w knajpie, w której właśnie znajduje się ze swoim obecnym wytatuowanym facetem z tunelami w uszach. Bo problem polega na tym, że Max opowiedziała im, że spotyka się z miłym i poukładanym gościem, którego poznała w bibliotece... Jedynym wyjściem z sytuacji jest znalezienie w ciągu trzech minut kogoś, kto odegra rolę zmyślonego przez Miller chłopaka. 

To teraz wyobraźcie sobie jakim zbiegiem okoliczności będzie to, że w tym samym miejscu, co Max znajduje się Cade (tak ten Cade!). Właśnie przeniósł się do Filadelfii, by studiować na Temple, jednak nie układa mu się zbyt dobrze. Nie potrafi przestać myśleć o Bliss, nie może dostać w miarę normalnej roli, a na dodatek Garrick ma w planach się oświadczyć. No i właśnie przez to wszystko poukładany Cade postanawia odegrać rolę wyznaczoną przez nieznaną mu wcześniej Max Miller. W końcu jest aktorem, więc z łatwością powinno mu przyjść udawanie uczuć.
Wspomniałam na początku, że Coś do ukrycia jest mniej zabawne niż Coś do stracenia, ale nie aż tak, że mogłabym w jakimś stopniu uznać to za wadę. Bo nadal czyta się książkę z uśmiechem na twarzy, są momenty w których nie można przestać się śmiać. Druga część też znacznie różni się od pierwszej. Bo o ile o tamtej mogłam napisać, że to książka - komedia, tak tutaj nie bardzo. Drugi tom jest jakby mądrzejszy, bogatszy i zawiera w sobie ważną historię, która może nawet poruszyć. 

Cora Carmack świetnie wykreowała głównych bohaterów - Max i Cade'a. Ona z zewnątrz zbuntowana, odważna i waleczna, w środku skrywa tajemnicę z przeszłości, którą nie chce dzielić się z innymi. Ale to właśnie ona ją w jakimś stopniu ukształtowała. On, który zawsze pozwala odchodzić ludziom ze swojego życia - teraz postanawia to zmienić. Podobała mi się w nich naturalność - nie byli perfekcyjni i bezbarwni, a dzięki swoim historiom z przeszłości przekonali mnie do siebie. Są też inni, ale sami ich poznacie i zobaczycie jak wpływają na tę dwójkę. 

Coś do ukrycia jest mniej przewidywalne niż Coś do stracenia. Poprawiło się również pod względem literówek i zauważyłam jedynie dwie. Jest tutaj mniej fragmentów erotycznych, a autorka nadal trzyma się bezpiecznej granicy, dzięki czemu nie ma jakiejś niepotrzebnej wulgarności. Jedyne do czego mogę się przyczepić w tej książce to kilka zdań, które wypowiedziała główna bohaterka i które były totalnie bez sensu. Jakby autorka chciała nam bardziej uświadomić, że ta postać serio jest taka oh i ah. A przecież nie musiała, bo tym tylko osiągnęła efekt odwrotny do zamierzonego.

Coś do ukrycia jest naprawdę bardzo dobrą powieścią i mam nawet większą ochotę wpychać ją w ręce każdemu kogo spotkam niż w przypadku poprzedniego tomu. Czytajcie, śmiejcie się i dobrze się bawcie! :)
Ocena 5/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Jaguar.

sobota, 11 października 2014

Dwie głowy anioła - Hanna Cygler

Po Głowie anioła przyszła kolej na... Dwie głowy anioła. O ile ta pierwsza wywarła na mnie dość dobre wrażenie i czytało się ją całkiem fajnie, to w przypadku tej drugiej tego powiedzieć (czy też napisać) się nie da. Nawet jakby się bardzo chciało i próbowało. Sięgnęłam po nią, bo byłam ciekawa jak potoczą się losy bohaterów, ale moje zainteresowanie tą serią malało z każdą kolejną przewracaną kartką. O czym więc opowiada nam w tym tomie Cygler?

O Julii Cassini i Alku Orlicz-Druckim, którzy zostali małżeństwem. Zakochanie powoli mija i oboje z coraz większą niechęcią odnoszą się do siebie i wszystkiego co robią. Na dodatek żyją w zupełnie innych światach - Julia jako znana architekt nieustannie wyjeżdża za granicę, zostawiając nie tylko męża, ale i dzieci. A Alek jedzie do swojej rodzinnej miejscowości, gdzie zaszły spore zmiany. Jego wypoczynek przerywa znalezienie zwłok i wiele innych, dość dziwnych sytuacji.

Na okładce znajdziecie trochę inny opis i według mnie jest on bez sensu, bo w książce jest jakby trochę inaczej. Co nie oznacza, że wcale lepiej i ciekawiej. Kiedy zaczęłam czytać Dwie głowy anioła, nie potrafiłam zrozumieć o co chodzi autorce i dlaczego ci bohaterowie stali się nagle aż tak bardzo idiotyczni, infantylni i sztuczni do granic możliwości. Myślałam, że dalej będzie lepiej, ale z przykrością stwierdzam, że nie było. Było nawet gorzej. Miałam wrażenie, że czytam historię, w której główne role odgrywają dzieci z podstawówki i wcielają się w dorosłe osoby. Serio.
Fajnie byłoby, gdyby historia przynajmniej potrafiła mnie jakoś zainteresować i wciągnąć, ale niestety. Dlatego podczas lektury wyobrażałam sobie różne scenariusze jej zniknięcia z mojego życia. Rzucić nią o ścianę, wywalić przez okno, spalić, a może dać do zabawy w wyrywanie kartek, czy też mazanie po nich dzieciom? Muszę przyznać, że patrzenie na to byłoby o wiele bardziej fascynujące niż czytanie tego czegoś. Bo działania bohaterów były pozbawione jakiegokolwiek sensu, a ja czytając ich tę jakże życiową opowieść, miałam ochotę nad nią płakać i wyrywać sobie włosy.

Nie podobało mi się również używanie przez postaci (najczęściej Alka) jakichś łacińskich sentencji, cytatów w mało odpowiednich momentach. Może Cygler chciała pokazać przez to, jacy oni są inteligentni, ale pokazała jedynie, jacy są durni. Bo wyobraźcie sobie sytuację, w której z kimś rozmawiacie, a ten ktoś rzuca wam ni z tego ni z owego: Nemo sapiens, nisi patiens. Jeszcze byłoby to w porządku, gdyby ci bohaterowie naprawdę byli mądrzy i normalni, ale nie byli.

Dwie głowy anioła to dla mnie totalny gniot. Wątek sensacyjny, który w części pierwszej wyszedł naprawdę fajnie, tutaj zszedł na dalszy plan i go praktycznie w ogóle nie było. Za to elementy romansu przeistoczyły się w romans harlequinowy. Jedynymi plusami tej książki jest ładna okładka, która przyciąga wzrok i to, że się w końcu skończyła. Uf.
Ocena 2/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Rebis.

wtorek, 7 października 2014

Rywalki - Kiera Cass

„Tu, na widoku? Myślałaś... na litość boską, jestem przecież dżentelmenem!''

Słodkie powieści, w których pojawia się książę na białym koniu i wybiera najbardziej nieszczęśliwą dziewczynę, jako wybrankę swojego życia - nieszczególnie mnie ciekawią. Szelest cudownie skrojonych sukien, odgłos tupiących butów na obcasie, a w tle romantyczna miłość, również nie bardzo. Dlaczego więc sięgnęłam po Rywalki, które zapowiadały się raczej średnio? Przede wszystkim ze względu na okładkę, która dosłownie śledziła mnie i pojawiała się na każdej wyświetlanej przeze mnie stronie, a po drugie - chciałam się przekonać, skąd wziął się fenomen tej cukierkowej serii.

Eliminacje to konkurs, do którego zgłaszają się młode dziewczyny po to, by móc zawalczyć o zwycięstwo, jakim jest zostanie żoną księcia, a w przyszłości władczynią Illei. Dla trzydziestu pięciu kandydatek to również szansa na lepsze życie, w którym nie ma miejsca na głód, czy brak pieniędzy. Jednak Ami, która jest Piątką i należy do kasty artystów jako jedyna z wybranych nie chciała trafić do pałacu i walczyć o koronę. Udział w Eliminacjach to dla niej wyrzeczenie się zbyt wielu rzeczy, które kocha i zostawienie ludzi, bez których nie wyobraża sobie ani jednego dnia. Jednak gdy pozna księcia Maxona, być może jej nastawienie ulegnie zmianie...

Rywalki, o dziwo, wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Gdy usiadłam opatulona pod kocem, z herbatą obok i zagłębiłam się w lekturze, to... dosłownie przepadłam. Czytanie tej, wydawać by się mogło, banalnej historii sprawiło mi wiele przyjemności i dzięki niej mogłam zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości, o szkole i innych rzeczach. Miałam wrażenie, że płynę przez tę powieść, dzięki takiemu prostemu, a zarazem precyzyjnemu językowi, który nadał jej ciekawy charakter.
Kiera Cass przez swoją książkę potrafi też bawić - nie wpada się co prawda w histeryczne napady śmiechu, ale co jakiś czas można się pośmiać, czy uśmiechnąć pod nosem z zabawnych sytuacji. Podobało mi się również to, że pomimo walki o koronę, tych wszystkich bogactw, sukienek, biżuterii, autorka nie zapomniała o przedstawieniu całego świata przedstawionego - kontrastu pomiędzy poszczególnymi kastami, samymi dziewczynami, jak i normalnymi ludźmi i dworem. Oraz o tym, jak to mniej więcej wygląda w rzeczywistości. Książka nie ma zbyt wielu stron, ale te najważniejsze punkty zostały zrealizowane i to nawet dość dobrze.

Nie umiem do końca odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę myślę o bohaterach. Główna postać, Ami, zachowywała się ogólnie normalnie i nie sprawiała wrażenia sztucznej, ale miała swoje momenty, w których moja mimika pewnie wyraźnie wskazywała na to, że coś tu jest nie tak. Maxon to taki zabawny chłopiec-mężczyzna, którego trudno było do końca rozszyfrować, ale to właśnie ta tajemniczość i jego naturalność (dość dziwna, ale patrzę przez pryzmat wychowania) mnie oczarowały. Najbardziej irytujący był i tak Aspen, do którego nie potrafiłam się przekonać i to właśnie przez jego obecność został wprowadzony schemat trójkątu, który już był tyle razy powielany w literaturze, że... No właśnie.

Ogólnie rzecz biorąc, Rywalki czytało się przyjemnie i to nawet bardzo. Książka nie ma jakichś ogromnych wad; może i jest czasami przewidywalna, a słodkość aż wylewa się z kartek, ale nie zwraca się na to jakiejś szczególnej uwagi. Przynajmniej ja nie zwracałam. Nie oczekiwałam powieści, która mnie porwie w jakiś szczególny sposób. Chciałam dostać historię, którą będzie się dobrze czytać i która umili mi dzień. Ta sprawdziła się w tym przypadku prawie idealnie.
Ocena 4+/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Jaguar.

sobota, 4 października 2014

Jesienny stos {26}

Cześć! Wrzesień minął szybko i nawet dość przyjemnie. W drugi weekend wybrałam się do Wrocławia i spotkałam z Karolką (Papierowy Azyl) i Moniką (Na zimowy i letni wieczorek). Po drodze zaczęła się moja ulubiona pora roku - jesień i nawet pomimo nauki jest całkiem okej. Dzisiaj mam dla Was niewielki stos i bardzo cieszę się z tego, że tak mało książek do mnie przywędrowało w tym miesiącu, bo trochę nie mam kiedy czytać. Jest ich mało, ale są świetne (przynajmniej na takie się zapowiadają!).

Dzień, który zmienił wszystko; Nie pozwól mi odejść przyszły od Jaguara i jestem ciekawa czy spodobają mi się, bo niby powinny wielbicielkom Jodie Picoult, a tę autorkę akurat bardzo lubię. Coś do ukrycia też od Jaguara i mam nadzieję, że będzie tak zabawna jak część pierwsza. Dla Ciebie wszystko to finalny egzemplarz od Literackiego. A Wróżbiarzy mam z promocji/wyprzedaży w Świecie Książki. Czytaliście coś stąd? :)
.

 Przypominam, że znajdziecie mnie na: instagramie, twitterze i fejsie. :)

wtorek, 30 września 2014

Filmowo {17}

Cudowne tu i teraz (2013)
Sutter Kelly (Miles Teller), popularny uczeń ostatniej klasy liceum, nie ma żadnych planów na przyszłość. Jest w pełni usatysfakcjonowany życiem jakie wiedzie, lubi swoją pracę w sklepie odzieżowym dla mężczyzn, nie stroni od alkoholu i imprez. Wszystko się zmienia, gdy przypadkowo poznaje Aimee Finecky (Shailene Woodley), nietypową miłą dziewczynę.
Opis, który brzmi banalnie nie powinien mnie zachęcić do obejrzenia filmu. Zachęcili aktorzy, którzy w nim grają. Ogólnie rzecz biorąc, przyjemnie się go ogląda, jest uroczy i miły dla oka. Wkurzają za to chwilami sztuczne dialogi bohaterów i taka młodzieńcza głupota. Ale ogólnie, pomimo tego, że jest średni - to miło go wspominam.
Ocena 5/10
_____________________________________________________________

 Pitch Perfect (2012)
Beca (Anna Kendrick), studentka pierwszego roku na Uniwersytecie Barton wstępuje do "The Bellas". Jest to dziewczęcą, szkolna grupa wokalna. Beca wnosi potrzebną dawkę energii do repertuaru zespołu i razem z koleżankami, bierze udział w konkursie kampusu rywalizując z męskim zespołem.
Wszyscy chyba słyszeli o tym filmie i oglądali, tylko ja zrobiłam to jako ostatnia. Nie podobały mi się dziwne sytuacje, które były totalnie bez sensu i nie wiem co miały wnieść do tego obrazu. Bo jeśli humor, to nie wyszło. Ale oprócz tego, Pitch Perfect mi się spodobał. Najbardziej wtedy, gdy to Beca zaczęła coś zmieniać, ale jednak. Nie jest ambitny, ale fajnie się go ogląda.
Ocena 7/10
_____________________________________________________________

 W pierścieniu ognia (2013)
Druga część ekranizacji bestsellerowej trylogii autorstwa amerykańskiej pisarki Suzanne Collins. Po zwycięstwie siedemdziesiątej-czwartej edycji głodowych igrzysk Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence) i Peeta Mellark (Josh Hutcherson) muszą odbyć obowiązkowe Tournee Zwycięzców. Podróż ta uświadamia im, że ludzie mieszkający w dystryktach są skłonni zbuntować się przeciwko okrucieństwu władzy.
W pierścieniu ognia jest lepsze pod względem wizualnym od pierwszej części - Igrzysk Śmierci, ale gorsze pod względem akcji i ogólnie wszystkiego. Gdybym nie przeczytała książki, wiele istotnych rzeczy mogłoby mi umknąć. Poza tym miałam do tego filmu dwa podejścia i za każdym razem praktycznie usypiałam, na szczęście druga połowa obrazu była ciekawsza.
Ocena 6/10
_____________________________________________________________

 Jutro idziemy do kina (2007)
Trzech przyjaciół zdaje maturę i stoi na progu dorosłości, a świat zdaje się otwierać przed nimi nieograniczone możliwości. Ich wielkie plany, marzenia zostają skonfrontowane z wybuchem wojny.
Właściwie to nie wiem, dlaczego obejrzałam ten film. Chyba nie miałam pomysłu na żaden inny i padło na ten. Mało już z niego pamiętam, niektóre sceny były ciekawe, inne mniej, było trochę infantylnie, wesoło, smutno. Tak normalnie, bez żadnych specjalnych zaskoczeń.
Ocena 5/10
_____________________________________________________________

 Życie jest piękne (1997)
Niezwykle zabawna i mądra opowieść o miłości, przyjaźni i o tym, że nawet w najgorszych czasach możemy sprawić, że życie jest piękne. Sympatyczny lecz niezamożny Guido zakochuje się w pięknej Dorze. Dziewczyna jest dla niego niedostępna jak księżniczka-pochodzi bowiem z bogatej rodziny i jest zaręczona z pewnym gruboskórnym urzędnikiem. Guido wprowadza w życie najbardziej szalone pomysły byle tylko zwrócić na siebie uwagę. gdy w końcu mu się to udaje, jego szczęście burzy wybuch wojny. Guido znowu wykorzystuje swoją wyobraźnię i poczucie humoru, by oszczędzić swoim bliskim wojennego koszmaru.
Film, który zgarnął 3 statuetki Oscara. Ale to nie one tu są najważniejsze. Nie spodziewałam się, że Życie jest piękne tak bardzo mi się spodoba. Pomimo tego, że traktuje o temacie trudnym, to jest też mądrą komedią, która zaskakuje, śmieszy, ale też i wzrusza. Musicie koniecznie obejrzeć ten film i jestem przekonana, że się nie zawiedziecie! Historia z życia w obozie jest pokazana w zupełnie inny sposób, dzięki czemu nie da się o niej zapomnieć. Gorąco polecam :).
Ocena 8/10
_____________________________________________________________

Opisy filmów pochodzą ze strony: http://www.filmweb.pl/

A Wy, co ostatnio oglądaliście? :)

niedziela, 28 września 2014

Miasto 44 - Marcin Mastalerz

Celowanie. Strzał. Uskok. Celowanie. Strzał. Uskok. Zmiana magazynka. Celowanie. Strzał. Uskok. Celowanie. Strzał. Uskok. Celowanie. Strzał. Hipnotyczny rytm tańca śmierci.''

Od dawna wiedziałam, że będę musiała obejrzeć film Jana Komasy, Miasto 44. Nie tylko zwiastun zachęcił mnie do tego, ale również mnóstwo plakatów w mieście oraz wystawa zdjęć, którą mogłam zobaczyć w wakacje. Nie dało się więc o nim zapomnieć nawet na chwilę, a gdy do tego doszła powieść na podstawie scenariusza - nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Stwierdziłam, że może być dobrym dopełnieniem obrazu, który zobaczę w przyszłości.

Stefan opiekuje się matką i swoim młodszym bratem - chodzi do pracy i stara się być niewidzialny dla innych. Krytykuje ludzi, którzy narażają własne życie dla ojczyzny. Jednak z czasem zmienia się jego nastawienie do tego typu spraw, tak samo jak odmieniają się losy wielu młodych warszawiaków. Miasto 44 to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy mają swoje marzenia, plany na przyszłość, a pomimo tego działają w konspiracji nie tylko z powodu obowiązku, ale również po to, by pokazać swoim rówieśnikom swoją odwagę i siłę. Nie są świadomi jak wygląda prawdziwe okrucieństwo, jednak nadchodzący sierpień 1994 roku ma im to pokazać.

Książka Marcina Mastalerza zapowiadała się naprawdę obiecująco. Po pierwsze - oprawa, który cieszy oko; piękna, twarda okładka, w środku zdjęcia i śliski papier. Po drugie - sam opis, po którym można spodziewać się ciekawej historii młodych ludzi, którzy stanęli w obliczu powstania, a pomimo tego musieli nauczyć cieszyć się nawet z najprostszych rzeczy. Dlatego kiedy zaczęłam czytać, oczekiwałam powieści, która wywrze na mnie ogromne wrażenie i która wzbudzi we mnie jakieś emocje.
No i raczej nie wzbudziła. Wcześniej słyszałam od innych, że ma za bardzo młodzieżowy język, ale stwierdziłam, że ja tak tego nie odbiorę, bo sama jestem jeszcze nastolatką. Ale nawet to nie pomogło, bo cała historia właśnie przez zbyt proste słownictwo stała się taka... nijaka. Owszem, były fragmenty, które wywołały jakieś zaskoczenie i większe zainteresowanie, ale wiele razy też odkładałam książkę ze znużenia. Wypowiedzi bohaterów były za to tak irytujące i sztuczne, że chwilami nie dało się tego czytać i z trudem przychodziło mi uwierzenie w ich jakąkolwiek prawdziwość.

Miasto 44 to książka, która nie jest ogólnie zła i którą odebrałam nawet dobrze, ale nie mogłam nie zwracać uwagi na pewne jej mankamenty. Ciekawe jest to, że nie odbiega od prawdy historycznej, dlatego wiele osób może dzięki tej pozycji się wiele dowiedzieć, a przede wszystkim młode pokolenie Polaków, które w ogóle nie orientuje się w historii naszego kraju. Dla mnie była to pozycja, której może nie zapamiętam jakoś szczególnie, ale nie uważam czasu poświęconego na jej lekturę za stracony.

Według mnie Miasto 44 jest pozycją dobrą i właściwie tylko tyle. Oczekiwałam po niej naprawdę wiele, a otrzymałam coś co czyta się raz z ciekawością, innym razem ze znużeniem. Marcin Mastalerz najbardziej przekonał mnie opowieściami o młodych ludziach, często dzieciach nie do końca świadomych tego, co robią. Oraz o tych starszych, którzy poświęcają się nie tylko dla kraju, ale również dla przyjaciół, rodziny. Miasto 44 to lekcja historii, której nie powinno się przegapić.
Ocena 4/6
Książka otrzymana od wydawnictwa PWN.

poniedziałek, 22 września 2014

Jaskiniowiec - Jørn Lier Horst

„Samotność nie polega na tym, że człowiek jest sam, tylko na tym, że nie ma za kim tęsknić.''

Samotność na dłuższą metę nie jest fajna, o czym przekonują się bohaterowie książki Horsta. Dzisiaj mało kto zawraca sobie głowę sąsiadami, którzy zostają sami, czy starymi znajomymi. Tak naprawdę stajemy się egoistami, martwiącymi się tylko o własne sprawy, nie patrząc przy tym na ludzi, którzy mieszkają blisko nas. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie to, że to samotność staje się głównym tematem powieści kryminalnej, w której giną niewinne osoby.

Blisko domu komisarza Williama Wistinga zostają odnalezione zwłoki mężczyzny cztery miesiące po jego śmierci. Nikt przez ten czas nie zauważył jego zniknięcia, a on siedział martwy w starym fotelu przed ekranem telewizora. Nic nie wskazuje na to, że mógł paść ofiarą przestępstwa i nikt też nie interesuje się tą sprawą. Jedynie córka Wistinga, Line próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o nieboszczyku i stwarza portret człowieka zapomnianego przez społeczeństwo. Gdy zaczyna pracować nad swoim tekstem, policja odnajduje kolejne zwłoki.

Jaskiniowiec to kryminał, który po opisie nie wydaje się być specjalnie oryginalny, a jednak w tym krótkim streszczeniu jest coś, co zachęca do sięgnięcia po niego. Martwy facet siedzący cztery miesiące przed telewizorem? Właśnie to mnie tak zaintrygowało, że chciałam dowiedzieć się o co tak naprawdę będzie tu chodzić i jak przedstawi to sam autor. Nie czytam dużo kryminałów, a właściwie prawie wcale, dlatego to był kolejny czynnik, aby zapoznać się z tą pozycją. Muszę przyznać, że historia jest naprawdę dobra.
Horst nie słynie z brutalnego stylu, a prowadzi fabułę tak, by czytelnicy sami wyczuwali, że zaraz może stać się coś złego. Ma lekki styl i łatwo jest wczuć się w klimat kryminału, pomimo dość sporej liczby bohaterów czy wątków. Świetne jest również to, że autor tak jakby dzieli się swoim doświadczeniem na łamach książki, ponieważ sam pracował kiedyś jako szef wydziału śledczego, oprócz tego studiował kryminologię, filozofię i psychologię. A to wszystko znaleźć można w poszczególnych rozdziałach Jaskiniowca

Powieści tej zarzucić można lekkie przegadanie - Horst czasami pisał o czymś, co według mnie w żadnym stopniu nie wpływało na fabułę i można byłoby się tego pozbyć. Coś w stylu: Dużo udało mi się dzisiaj zrobić, pomyślała, ustawiając laptop na biurku. Nie do końca była udana również kreacja postaci, ponieważ nie byli oni wyraziści, nie było w nich nic wyjątkowego, co mogłoby przykuć moją uwagę i o nich nie zapomnieć. Po prostu byli, fajnie się o nich czytało, ale zaraz zapewne ich sylwetki i nazwiska rozmyją się w mojej pamięci.

Według mnie Jaskiniowiec to taki idealny kryminał na długie, jesienne wieczory. Nie jest zbytnio wymagający, lekko się go czyta i posiada naprawdę interesujące wątki, np. ten o samotności. Nie trzyma co prawda w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, ale ostatnie rozdziały potrafią przyprawić o zawał serca. Dlatego warto zapoznać się z piórem Jørna Liera Horsta.
Ocena 4+/6
Książka otrzymana od wydawnictwa Smak Słowa.

sobota, 20 września 2014

Milion słońc - Beth Revis

„Może warto zrezygnować z dobra, jeśli dzięki temu niszczy się także zło.''

Z seriami często jest tak, że kolejne tomy stają się coraz gorsze. Miałam nadzieję, że nie będzie tak w przypadku cyklu W otchłani, bo w końcu pierwsza część wywarła na mnie dość spore wrażenie. Jednak Milion słońc to pozycja, po której spodziewałam się wiele i niestety się zawiodłam. Odyseja kosmiczna zapowiadająca się tak intrygująco, posiadająca tak wiele czynników, z których można było stworzyć świetną kontynuację, stała się po prostu średnią powieścią, którą szybko się zapomina.

Misja Błogosławionego nadal trwa. Po przejęciu władzy przez następcę Najstarszego na statku panuje radość, która znika równie szybko, jak się pojawia. Okazuje się, że załoga skrywa tajemnicę, która ma coś wspólnego z dalszymi losami ich wyprawy. Na dodatek na statku ktoś regularnie morduje kolejnych ludzi, a to może doprowadzić do buntu i niepowodzenia misji. Amy próbuje dowiedzieć się nowych rzeczy o statku dzięki pewnym wskazówkom, a Starszy podejmuje się nowych wyzwań w jego życiu jako przywódcy. Wszyscy zastanawiają się, czy kiedykolwiek dotrą do nowej Ziemi.

Dość długo zabierałam się za przeczytanie tego tomu. Nie wiem do końca dlaczego, skoro W otchłani stało się jedną z moich ulubionych książek. Może obawiałam się, że nie będzie tak kolorowo i ciekawie, jak w przypadku części rozpoczynającej kosmiczną odyseję. I nie było. Początek był nudny, gdzieś w środku zaczęło dziać się coś na tyle interesującego, by nie próbować usnąć podczas czytania. Ale tak naprawdę to dopiero zakończenie jest jakąś mocną częścią powieści.

Nie podobała mi się tutaj również kreacja bohaterów - Starszy stał się taką ciapą życiową, która niby próbuje coś zrobić, ale nie wie do końca jak i popełnia błędy przez swoje słabe punkty. Tak samo Amy. Fragmenty z udziałem ich obojga denerwowały najbardziej ich infantylnością i niepotrafieniem wypowiedzenia tego, co mieli tak naprawdę na myśli. Inne postaci też nie należą do zbytnio udanych, jedynie Orion ratuje jakoś sytuację, ale jego praktycznie rzecz biorąc - nie ma. 

Fajnie za to autorka przedstawiła podążanie za wskazówkami pozostawionymi przez jednego z uczestników misji - dzięki temu dowiedziałam się wielu nowych rzeczy o statku, załodze i poznałam tajemnice, które później decydują o przyszłości całego Błogosławionego. Ciekawym zabiegiem w Milionie słońc jest również zbliżenie czytelnika do pasażerów statku - tzw. Żywicieli. Poznanie ich opinii na temat całego przedsięwzięcia, stanów psychiki, zachowań było dość ciekawe i pozwoliło trochę przewidzieć następne wydarzenia. 

Beth Revis zaczęła świetnie, ale druga część już nie wyszła tak dobrze jak pierwsza. Milion słońc to kontynuacja średnia, którą zapomina się dość szybko. Szkoda, bo miałam nadzieję, że cały cykl zostanie utrzymany na wysokim poziomie, jak w przypadku W otchłani. Pomimo tych minusów, jestem za bardzo ciekawa końca historii Błogosławionego, by zakończyć przygodę z tą serią na tym tomie. Cienie ziemi już na mnie czekają, ale sięgnę po nie dopiero za jakiś czas. 
Ocena 3+/6
Książka otrzymana od GW Publicat.