Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 grudnia 2014

Mroczna bohaterka. Jesienna Róża - Abigail Gibbs

Dwór, moje dziecko, jest jak akwarium. Wszyscy przypatrują się dużym i ładnym rybom. Tyle że to bez sensu, bo żadne z nas rybą nie jest. My się po prostu topimy.''

Rok temu przeczytałam pierwszą część z serii Mroczna bohaterka, która wywarła na mnie dość spore wrażenie i nie mogłam doczekać się momentu, w którym sięgnę po jej kontynuację. Jednak kiedy już to zrobiłam, zdałam sobie sprawę, że moja wizja drugiego tomu znacznie odbiega od tej, którą przedstawiła Abigail Gibbs w Jesiennej Róży I nie piszę tego po to, by teraz dać Wam znać, że dzięki temu jest lepiej, fajniej i w ogóle fantastycznie. Otóż jest niestety gorzej. 

Druga część jest przede wszystkim o Jesiennej Róży, piętnastolatce, która nie jest zwykłą uczennicą, a dziewczyną władającą magią Mędrców i dziedziczką tytułu książęcego. W szkole średniej oprócz nauki ma za zadanie chronić uczniów przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ataki zabójczych Extermino, przez których do miasteczka na pomoc dziewczynie przybywa syn króla Mędrców. Do tej pory zostawiona sama sobie Jesienna Róża będzie musiała nauczyć się pracować z kimś jej podobnym oraz odkryć, co łączy ją z Pierwszą Mroczną Bohaterką - Violet. 

Wydaje mi się, że kontynuacja Kolacji z wampirem nie przypadła mi do gustu tak, jak myślałam, że przypadnie, ze względu na zmianę głównej postaci. Chciałam od razu dowiedzieć się, co słychać u Violet i co ciekawego wyrabia się w jej nowym, dziwacznym życiu. Zamiast tego dostałam piętnastolatkę, która właściwie nie wyróżniała się na początku niczym szczególnym, a bardziej irytowała mnie swoją beznadziejnością i po prostu byciem Jesienną Różą. Później zaczęła się zmieniać, a na koniec powieści nawet ją polubiłam, ale nie zmienia to faktu, że poznania jej nie będę wspominać miło.

O losie, niech te wszystkie lata lekcji etykiety nie pójdą na marne!
- Eeee... cześć.''

Abigail Gibbs można zarzucić też niepotrzebne przedłużanie fabuły przez poświęcenie praktycznie całego tomu na przedstawienie życia dziedziczki tytułu książęcego. Rozumiem, że było to potrzebne, ale można było to po prostu ująć w jakichś dłuższych opisach. Bo tak naprawdę przez większą część tej książki nic się nie dzieje - są jakieś fragmenty, w których akcja nabiera tempa i czuć lekki dreszcz emocji, ale ten kulminacyjny punkt następuje dopiero pod koniec. Wtedy też dowiedzieć się można co stało się z życiem Violet i innych bohaterów, których poznało się w tomie pierwszym. Dopiero w tym momencie rozwiązuje się wiele spraw i coś konkretnego zaczyna się dziać. Szkoda, że czekać na to trzeba było kilkaset stron. Nie podobała mi się też bijąca z tej historii infantylność, której autorka nawet nie próbowała się chyba pozbyć. Obecna była już wcześniej, ale tutaj widać ją wyraźniej. 

Największym atutem tej książki jest ukazanie przez pisarkę dziewięciu wymiarów, które reprezentuje dziewięć rodzajów mrocznych istot. Tutaj zostaje poświęcone temu zagadnieniu wiele więcej uwagi, dzięki czemu czytelnik może teraz lepiej zrozumieć niektóre rzeczy i łączyć ze sobą pewne fakty. Kolejnym plusem jest prastara przepowiednia, która się rozwija i więcej osób zaczyna być w nią zaangażowanych, dzięki czemu zapewne w kolejnych częściach stanie się w końcu głównym tematem tego cyklu. Podobał mi się również humor, który pojawiał się co jakiś czas na kartach tej powieści i sprawił, że odebrałam ją trochę lepiej.

Nie zmienia to jednak faktu, że Jesienna Róża jest niestety średnią kontynuacją. Należałam do nielicznej grupy osób, którym pierwsza część bardzo się podobała, ale nie mogę napisać tego o drugim tomie. Był przeciętny przez przedłużenie fabuły i tak naprawdę dopiero jego zakończenie przypomniało mi, jak dobrze bawiłam się czytając Kolację z wampirem. Dlatego też mam nadzieję, że trójka będzie równie dobra jak jedynka, a autorka skupi się na tym co trzeba, nie będzie wprowadzać niepotrzebnych wątków i, że jej styl się poprawi.
Ocena 3+/6
Książka otrzymana od Business & Culture.

+ Przypominam o konkursie, w którym ktoś z Was może wygrać W śnieżną noc - trwa do północy :).

sobota, 15 listopada 2014

Kochanice króla - Philippa Gregory

W byciu nikim ważnym nie ma nic złego.''

Mam całą listę książek, które muszę koniecznie przeczytać w przyszłości i jedną z takich pozycji były właśnie Kochanice króla Philippy Gregory. Zabierałam się do nich parę lat, a kiedy powieść trafiła na moją półkę, w końcu dałam jej szansę. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to drugi tom Cyklu Tudorowskiego (ogarnęłam to dopiero w trakcie czytania...), ale nie miałam żadnych problemów w zrozumieniu fabuły, więc myślę, że można go śmiało czytać bez znajomości Wiecznej księżniczki

Philippa Gregory przedstawia historię Henryka VIII, a bardziej jego związku z drugą żoną, Anną Boleyn, która walcząc o serce króla i władzę z siostrą Marią potrafiła zrobić dosłownie wszystko. Dlatego też intrygi, kłamstwa i zdrady ze strony Anny nie były czymś dziwnym i zaskakującym, a wręcz normalnym. Król Anglii miał sześć żon i wiele kochanek, znany był z bycia hazardzistą, kobieciarzem i tyranem. Autorka pokazuje również funkcjonowanie dworskiego życia oraz polityczne i religijne konflikty ówczesnej Europy. Nie można też zapomnieć o obrazie szokujących zwyczajów, które panowały na dworze Henryka VIII.

Kochanice króla czytałam ponad miesiąc. Nie dlatego, że książka mnie nudziła, czy była mało ciekawa, a ze względu na obowiązki szkolne i również sam fakt, że jest obszerna. Kiedy już zaczęłam czytać, mogłam siedzieć tak cały dzień, ale kiedy już ją odłożyłam, trudno było mi do niej powrócić. Na koniec przyczyniło się do tego też to, że miałam trochę dość świata krnąbrnego króla i jego zawiłości miłosnych. Przebywanie tak długo w jego historii stało się trochę męczące. 
Nie zmienia to jedna faktu, że powieść wywarła na mnie spore wrażenie, a styl i język pisania autorki zachęcił do sięgnięcia po inne jej pozycje. Philippa Gregory przedstawia czytelnikom świat ówczesnej Europy ze wszystkimi szczegółami, a robi to w sposób, który potrafi jeszcze bardziej zaciekawić do dalszego czytania czy szukania informacji na własną rękę. Dzięki tej książce lepiej poznałam tło historyczne tamtych czasów i z pewnością więcej informacji stało się dla mnie bardziej zrozumiałych. 

Największym atutem Kochanic króla jest barwna i wyrazista kreacja bohaterów. Pisarka pomimo ogromnej liczby postaci, które umieściła w swojej historii, potrafiła każdą z nich przedstawić na tyle dokładnie, aby czytelnik nie miał problemu z przypomnieniem sobie później, kim ta osoba tak naprawdę jest. Najbardziej polubiłam Marię, która pomimo swojego niezdecydowania potrafiła walczyć o swoje, a przy tym była jedną z najnormalniejszych i najprawdziwszych ludzi na dworze. Anna za to najbardziej zaskakiwała, a jej czarny charakter wniósł do historii dużo świeżości. Poza tym wszyscy i wszystko się tutaj ze sobą wiązało, nie było żadnych sprzeczności czy niezrozumiałych fragmentów. Gregory budowała świat, w którym nie żyła, a czytając ma się wrażenie, że zdaje czytelnikom relację z tamtego okresu panowania króla Henryka VIII.

W Kochanicach króla prawda historyczna została połączona z fikcją literacką w genialny sposób. Lekki styl pisarki powoduje, że z powieścią można spędzić cały dzień dobrze się bawiąc i przy tym nie nudząc. W książce zostają poruszone problemy tamtych czasów - kobiet, które nie miały praktycznie żadnych praw i były tylko pionkami w rękach mężczyzn, niesprawiedliwości w wydawaniu wyroków i wiele wiele innych. Przygoda z tą historią pomimo, że już przesądzoną wywołuje wiele emocji i pozostawia nadzieję, że wszystko może skończy się zupełnie inaczej... 

Ogólnie rzecz biorąc jestem oczarowana piórem Philippy Gregory i gorąco polecam zapoznać się z jej twórczością. Myślę, że gdybym nie czytała książki w ciągu roku szkolnego, a w wakacje - skończyłabym ją dużo szybciej niż w ponad miesiąc, a sam świat za panowania najsłynniejszego króla Anglii na koniec nie męczyłby mnie. Bo jest przecież stworzony w tak fascynujący i mistrzowski sposób!
Ocena 5/6
Książka otrzymana od GW Publicat.

czwartek, 24 lipca 2014

Zagrożeni - C.J. Daugherty

„Możemy rozmawiać o czymkolwiek - wyjaśnił. - O ile będziemy wyglądali tak samo jak wszyscy. Ludzie widzą to, co chcą widzieć.”

Wybrani to saga, którą pokochałam już od pierwszego tomu, a po drugi pobiegłam już w dniu premiery. Z trzecim było mi jakoś cały czas nie po drodze i sięgnęłam po niego dopiero parę miesięcy po premierze. Nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać, bo wiele już zapomniałam z wcześniejszych części, mogłam jedynie przypuszczać, że Zagrożeni nie będą tak świetni jak Dziedzictwo. Okazało się, że miałam rację, ale pomimo drobnych minusów - serię nadal uwielbiam.

Dla Allie Akademia Cimmeria pomimo trudnych początków stała się nie tylko szkołą, w której lubiła spędzać czas, ale miejscem, w którym mogła czuć się bezpiecznie. To jednak minęło, bo ktoś próbuje zniszczyć wszystko co dla niej ma jakieś znaczenie. Nikt nie wie kto jest szpiegiem, a może być nim nawet najbliższy przyjaciel... Wszyscy obawiają się ataku Nathaniela i nikt nie może już sobie ufać.

Muszę przyznać, że początek Zagrożonych w ogóle do mnie nie przemówił - nie chcę zdradzać co się konkretnie wydarzyło, ale przez niego przestałam znowu lubić główną bohaterkę. Chciała robić wszystko sama, nikomu nic  nie mówiła i wychodziła przez to na idiotkę, której nic się nie udaje. Później na szczęście zaczęło się to zmieniać - Allie się ogarnęła i uświadomiła sobie, że ma przyjaciół, na których może polegać. Co nie zmienia nadal faktu, że wkurzała swoim niezdecydowaniem do chłopaków - Carter czy Sylvain? Wcześniej trójkącik mnie nie ruszał, bo autorka przedstawiała ten wątek ciekawie i zabawnie, ale tym razem to jakoś nie wyszło. W tej części też nie do końca potrafiłam wczuć się w klimat szkoły z internatem - co jakiś czas miałam przed oczami fragmenty z serii Magiczny krąg, a chyba nie powinno tak być. 


Pomimo tych minusów C.J. Daugherty zaserwowała czytelnikom dość sporą dawkę dobrej zabawy, przez którą trudno oderwać się chociaż na moment od książki. Postawiła jeszcze więcej pytań niż było wcześniej - bohaterowie próbują znaleźć na nie odpowiedzi, co czasami nawet się im udaje. Są nowe wątki i elementy, dzięki którym powieść stała się bogatsza i bardziej wciągająca.

Niemniej jednak największe wrażenie wywarł na mnie wątek kryminalistyczny - osoba Nathaniela owiana tajemnicą zaczyna coraz częściej się ujawniać i pokazywać wszystkim do czego jest zdolna, gdy nie dostaje tego, czego chce. Panika w szkole zwiększa jeszcze bardziej zainteresowanie czytelnika - przynajmniej moje, bo kiedy nie wiadomo kto stoi po czyjej stronie i nic nie jest do końca pewne, zżera ciekawość co wydarzy się dalej i czyta dotąd, aż po przewróceniu kartki ujrzy się podziękowania. Fajnie zostały też przedstawione przez autorkę wątki, w których bohaterowie próbowali zapobiec dominacji Nathaniela nad uczniami, a co za tym idzie nad szkołą i... światem.

Zagrożeni to trzeci tom, który jest gorszy od poprzednich, ale nadal wystarczająco dobry, by móc dobrze bawić się podczas jego czytania. Pisarka tak jak wcześniej pisze prostym, młodzieżowym językiem, dodając czasami pojedyncze francuskie słowa, dzięki czemu lepiej można zrozumieć pewne postaci. To młodzieżówka, która wyróżnia się swoją oryginalnością i w której można znaleźć prawdziwe wartości w życiu każdego człowieka. Nie jest co prawda tak świetna jak w przypadku Wybranych czy Dziedzictwa, ale nie zmienia to faktu, że i tak polecam Wam zapoznanie się z tą sagą, albo tym tomem - według mnie warto. 
Ocena 4+/6

wtorek, 22 lipca 2014

O wolnym podróżowaniu - Dan Kieran

„Przytacza słowa jednego z napotkanych Indian, który opowiada, jak w jego kulturze ziemia i cała przyroda traktowane są niczym biblioteka, w której książkami są ptaki, inne zwierzęta, drzewa i góry.''

Dzisiaj wszyscy mamy wrażenie, że cały świat przyspieszył i nikt nie ma czasu na to, by zatrzymać się gdzieś i pomyśleć obojętnie o czym - nawet o swoim życiu,  czy okolicy, w której się mieszka. Nie myślimy o tym, co mijamy każdego dnia jadąc do szkoły, czy do pracy. Jazda samochodem czy autobusem nie zajmuje dużo czasu, a droga, którą przebywamy nie wydaje się nam specjalnie interesująca. Jeśli chcemy wybrać się gdzieś dalej - wybieramy samolot i za parę godzin możemy być na drugim końcu świata. Dan Kieran jednak nie lubi robić tego co wszyscy, a kiedy ma wyjechać w podróż do innego kraju (np. Polski), jedzie przez całą Europę pociągiem. I pokazuje w swojej książce - O wolnym podróżowaniu, że taki sposób przemieszczania się jest o wiele ciekawszy i dzięki niemu można odzyskać radość z podróżowania.

Bo tak naprawdę ta radość gdzieś uciekła, zanikła. Organizowane wyjazdy turystyczne mają swoje zorganizowane plany, według których ludzie muszą zobaczyć to i to. Turyści biegają za przewodnikami i mogą odhaczać na swojej liście miejsca, które każdy koniecznie powinien zobaczyć, zanim umrze. Tylko, że to nikomu nie sprawia radości, nikt nie wie, czy wystarczająco długo napatrzył się na to Koloseum i czy na pewno ma dobrze zrobione zdjęcie. Dan Kieran przytacza w swojej pozycji wiele takich przykładów i pomaga czytelnikom zejść ze złej drogi i wybrać dobrą.

Ogólnie zasada jest taka, żeby podróżować wolniej. Pociągiem zamiast samolotem lub pieszo. Nie wybierać tras, które znają wszyscy, a szukać tych mało znanych. Nie ustalać sobie planu, tylko spontanicznie decydować na miejscu co się chce zobaczyć i gdzie pójść. Nie odnosi się to tylko do odległych miejsc, a również do swojego miejsca zamieszkania. Bo często zapominamy o tym, że prawdziwa podróż może zacząć się już za rogiem naszej ulicy.



Po książkę Dana Kierana O wolnym podróżowaniu sięgnęłam przede wszystkim z ciekawości. Słyszałam już o Slow Fashion, Slow Food, ale nie o Slow Travel. Chciałam dowiedzieć się na czym to tak naprawdę polega i jak przedstawi to sam autor. Muszę przyznać, że wyszło mu to fajnie i potrafił mnie zainteresować swoim językiem, który był prosty i taki codzienny, a nie oficjalny jak w większości poradnikach, których nie do końca można zrozumieć.

Podobało mi się, jak pisarz przedstawił wolne podróżowanie dzięki przykładom ze swojego życia - opisywał wyjazdy pociągami, wędrówkę po swojej okolicy,  czy po Anglii. Dzięki temu łatwiej było zrozumieć sens Slow Travel. Nie mogę też nie wspomnieć o cytowanych przez niego fragmentach innych książek podróżniczych - dzięki nim pozycja ta była ciekawsza i mogłam zobaczyć jak patrzą na taki sposób inne osoby. Pokazywał nie tylko swoje przygody, ale i ludzi, których sam skądś zna, np. Ruperta Isaacsona, który jest autorem Opowieści ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu. Jedynym minusem książki były odniesienia autora do działania naszego mózgu, który jakoś wpływa na dzisiejszy sposób naszych wyjazdów. Niektóre były interesujące, ale większość nie miała dla mnie jakiegokolwiek sensu.

O wolnym podróżowaniu to pozycja, z której można się naprawdę sporo dowiedzieć. Autor nie dyktuje nam jak mamy podróżować, a jedynie pokazuje plusy jakie płyną ze zmiany naszego nastawienia do nich. Oprócz samych przygód, przedstawia nam ogólną historię pewnych miejsc, pokazuje książki, z których on się wiele nauczył. Lekturę można traktować nie jako poradnik, a opowieść przybliżającą nam Slow Travel. Według mnie warto po nią sięgnąć, bo nie tylko uczy i otwiera nam oczy na pewne sprawy, ale również jest fajnym sposobem na nudę. No i ma nietypową okładkę!
Ocena 5/6
Recenzja napisana dla portalu A-G-W.info.
http://www.a-g-w.info/home

piątek, 7 marca 2014

Tajemnica Filomeny - Martin Sixsmith


Tytuł oryginału: The Lost Child of Philomena Lee
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 18 lutego 2014 
 „- Wiem, zachowuję się irracjonalnie. Mam w sobie coś takiego… – Zamyślił się na chwilę. – Mam w sobie coś, czego nie umiem kontrolować. Skłonność do samozagłady. Jakaś ponura cząstka mnie samego niszczy wszystko, co dobre w moim życiu, szepcząc, że nie jestem tego wart.”

Historie pisane przez życie należą do tych najciekawszych i najbardziej zapadających w pamięć. Tak również było w przypadku Tajemnicy Filomeny, po którą postanowiłam sięgnąć od razu po obejrzeniu zwiastuna filmu. Nie mogłam się doczekać momentu, w którym siądę i zacznę czytać. Miałam wrażenie, że opowieść bardzo mi się spodoba i tak też się stało, bo nie mogłam się od niej oderwać pomimo tego, że łatwo się jej nie czyta. To jedna z tych książek, które po przeczytaniu nadal żyją wewnątrz nas, o których nieustannie rozmyślamy.

Filomena Lee zachodzi w ciążę jako nastolatka, a rodzina wysyła ją do klasztoru w Roscrea, gdzie zakonnice opiekują się kobietami, które według nich popełniły w swoim życiu ogromny błąd. Bohaterka musi odpokutować swój grzech ciężko pracując w pralni i modląc się. Swoje dziecko widzi zazwyczaj dopiero na koniec dnia, wtedy może go poznawać, bawić się z nim, rozmawiać. Kiedy Anthony kończy trzy lata, zostaje odebrany matce, sprzedany amerykańskiej rodzinie i wywieziony z Irlandii. Filomena pod przymusem sióstr musi zrzec się praw do dziecka i zapewnić, że nie będzie próbowała go nigdy odszukać. Jednak kolejne pięćdziesiąt lat spędza na rozmyślaniu o nim, a w końcu i poszukiwaniu nie wiedząc, że i on pragnął poznać swoją prawdziwą matkę. Michael, bo tak nazwali go przybrani rodzice, został jednym z najlepszych waszyngtońskich prawników. Był zajęty pracą, ale nieustannie miał wrażenie, że w jego życiu kogoś mu brakuje. Ukrywał przed całym światem swoją prawdziwą osobowość, a przez niewiedzę o tym, czy Filomena go kiedykolwiek kochała, nie potrafił do końca sprostać wyzwaniom współczesnego świata.

Może zacznę od tego, że po książce spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Myślałam, że będę czytała o historii Filomeny, o jej próbach odnalezienia syna, czy wytłumaczeniu tej tytułowej tajemnicy. No i owszem, to też znajdziemy w powieści, ale naprawdę w niewielkim stopniu. Bo autor przede wszystkim skupia się na pokazaniu czytelnikom jak mogło wyglądać życie Michaela. I właśnie to, według mnie jest dużo lepsze od tego, czego na początku oczekiwałam. Jesteśmy obserwatorami jego całego życia - od dzieciństwa, przez dorastanie i dorosłość. Dzięki temu dostrzegamy to, jak się zmieniał, w jakim stopniu uległa zmianie jego postawa wobec świata i przede wszystkim ludzi. Sami wyciągamy wnioski, a znając jego historię dochodzimy do tego, co było przyczyną jego decyzji oraz staramy się przewidzieć jakie będą tego skutki.

Martin Sixsmith poruszył w tej pozycji wiele trudnych, ale i ważnych tematów, które nadal są aktualne - takie jak homoseksualizm, któremu poświęcił dość sporo uwagi, czy też samej adopcji (chociaż wtedy polegało to na czymś zupełnie innym niż obecnie). Autor kreując postać Michaela wgłębił się też w jego psychikę i to jak czuł się on wewnątrz siebie - jak odrzucony przez matkę mężczyzna, który boi się nawiązywać bliższe więzi z kimkolwiek na swojej drodze życiowej. Muszę przyznać, że to szczegółowe oddanie uczuć głównego bohatera było jednym z ciekawszych elementów tej książki. Jednak nie wszystko co z tą postacią jest związane mi się podobało, ponieważ czytanie o dorosłym, politycznym życiu Michaela było dla mnie lekko nużące z racji tej, że nie interesują mnie takie zagadnienia i mało o nich wiem.

Pisarz wyciągając tę historię na światło dzienne pokazał całemu światu, co działo się kilkadziesiąt lat temu w Irlandii oraz nieufność sióstr i brak zainteresowania ich w udzieleniu jakichkolwiek informacji, które mogłyby pomóc wielu ludziom. Martin Sixsmith pomimo tego, że obarcza winą kościół jako instytucję, to sama książka nie ma wydźwięku antyreligijnego, co nawet można zauważyć po postawie samej Filomeny, która do dzisiaj jest osobą wierzącą (widać to również w zwiastunie filmu z Judi Dench).

Jestem pod ogromnym wrażeniem Tajemnicy Filomeny i bardzo cieszę się z tego, że postanowiłam ją przeczytać przed obejrzeniem ekranizacji, która myślę, że będzie idealnym dopełnieniem całej tej historii. Autor napisał opowieść, która z pewnością skłania do refleksji, która intryguje i zapada głęboko w pamięć. Myślę, że naprawdę warto dać jej szansę i jestem pewna, że nie będziecie zawiedzeni. To piękna i pasjonująca historia, która wzrusza, ale i też zachwyca. 
Moja ocena 5+/6, 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Jeśli jeszcze nie widzieliście, to polecam zobaczyć:

wtorek, 19 listopada 2013

Mroczna Bohaterka. Kolacja z wampirem - Abigail Gibbs


Tytuł oryginału: Dinner with a Vampire 01. The Dark Heroine
Seria/cykl wydawniczy: Mroczna Bohaterka 1
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 23 października 2013
„Czas ucieka, wieczność czeka.”

Mogę się założyć, że większość z Was ma już dość wampirów i całego szumu wokół nich. Mam rację? Tak też myślałam. Ale szum minął, książek o tych istotach nie powstaje już tak dużo jak jeszcze dwa lata temu. Nawet nie sądziłam, że będę mogła zatęsknić za nimi, ale tak też się stało - bo kiedy zobaczyłam, że zostanie wydana nowa powieść poświęcona im, od razu wiedziałam że muszę ją koniecznie przeczytać. A kiedy przewróciłam kilka pierwszych stron poczułam się jak w domu - wśród potworów, których głównym pożywieniem jest krew. Pewnie to głupio brzmi, ale moda na podróże w czasie, anioły i inne wymiary nigdy tak bardzo nie intrygowała mnie jak moda na wampiry.

Violet Lee znajduje się w złym miejscu w nieodpowiednim czasie, przez co jej życie ulega drastycznym zmianom. Dziewczyna spotyka grupę tajemniczych i dziwnych mężczyzn na Trafalgar Square, którzy nie pozwalają jej odejść po tym czego była świadkiem. Skutkiem tego wszystkiego trafia do wspaniałej rezydencji, gdzie będzie musiała rozpocząć nowe życie z dala od rodziny. Bogactwo, przepych, przyjęcia, bale, hierarchie - to tylko część nowych elementów, z którymi Violet będzie musiała się oswoić. A za tym co kolorowe i piękne kryje się świat niebezpieczny - jego częścią jest Kaspar Varn - wampir pochodzący z królewskiego rodu, któremu trudno jest się przeciwstawić. Dwa odległe bieguny, dwie zupełnie inne osobowości, które będą musiały stawić czoła prastarej przepowiedni...

Kolacja z wampirem to pierwsza część cyklu o Mrocznych Bohaterkach autorstwa Abigail Gibbs, która zasłynęła w internecie już w wieku piętnastu lat publikując tam tę powieść. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem - sam fakt, że udało jej się wydać tę książkę w postaci papierowej jest już dość sporym sukcesem. Kilka lat temu byłam wierną czytelniczką kilku opowiadań, które publikowały różne osoby na swoich blogach i sama wiem, że trudno im było w jakiś sposób zareklamować swoją historię. Dlatego też zobaczenie jednej z wielu opowieści, które z początku były pisane tylko jako hobby, na półkach księgarni może uświadomić, że to co robi się od serca często owocuje czymś większym.

Książka porwała mnie już praktycznie od samego początku i nie mogłam przestać jej czytać - nawet fakt, że rano powinnam wstać niewiele poskutkował. Wmawiałam sobie, że tylko jeszcze jeden rozdział i naprawdę zrobię przerwę, dokończę następnego dnia. Minął rozdział, powtarzałam to samo. Okłamywanie samej siebie kiedy czyta się tak wciągającą powieść jest chyba normalne, prawda? Mroczną bohaterkę mogłabym porównać do tabliczki czekolady - będziemy jeść dotąd, aż się skończy. A historię o Violet czytać dotąd, aż dojdziemy do podziękowań.

Jesteście zapewne ciekawi, jakie mankamenty ma ta książka. Też byłam tego ciekawa i nawet nastawiłam się, że znajdę ich dość sporo. Mam dwa. Pierwszy i najważniejszy - najpierw otwarta wrogość pomiędzy Kasparem - Violet, a później dziewczyna nie widzi poza nim całego świata. Jeszcze byłoby wszystko okej, gdyby nie to, że na początku wyklinała cały nadprzyrodzony świat i zapierała się nogami, że nigdy do niego nie dołączy. Trochę sztuczne, nie uważacie? Drugi mniej znaczący - lekko powielony schemat z innych tego typu pozycji (nastolatka, która poradzi sobie w życiu sama, jest twarda, a innych ma totalnie gdzieś). Szkoda, że Abigail nie postarała się troszkę bardziej, ale można przymknąć na to oko - zaczynała będąc piętnastolatką. 

Wracając do plusów - bo jest ich o wiele więcej niż zapewne przypuszczacie. Muszę wspomnieć (bo gdybym tego nie zrobiła, nie byłabym Cass) o wampirze, który jest następcą tronu - Kasparze. Bardzo bawiło mnie jego zachowanie na przestrzeni całej powieści - to typ sarkastycznego, aroganckiego i zmiennego bohatera, który wbrew pozorom nie jest idealny i ma naprawdę wiele wad. Można go polubić, albo znienawidzić - wybór dość trudny, aczkolwiek da się pod koniec pierwszej części coś ustalić. Bardzo polubiłam również Jesienną Różę, której poświęcono mało miejsca, niemniej jednak mam nadzieję, że w kontynuacji dowiemy się o niej czegoś więcej. Jest tutaj wiele różnobarwnych postaci, na które warto zwrócić uwagę - autorka postarała się o to, aby każda z nich odegrała mniej lub bardziej znaczącą rolę.

Jednym z najważniejszych atutów tej książki jest wątek poświęcony prastarej przepowiedni, o której początkowo nie wiemy nic, jednak z czasem dowiadujemy się coraz więcej, a napięcie rośnie... Uważam, że Abigail Gibbs wpadła na genialny pomysł, dzięki któremu historia ożywa i staje się jeszcze bardziej fascynująca. Przy okazji tego mamy szansę usłyszeć o innych wymiarach, które z pewnością zostaną nam przybliżone w następnych tomach cyklu.

Mroczna Bohaterka. Kolacja z wampirem to bardzo dobrze napisana powieść, choć chwilami lekko infantylna. Jednak nie będę zaprzeczać temu, iż czytało się ją naprawdę znakomicie i zwracanie uwagi na mankamenty jakoś niespecjalnie wchodziło w grę. Nie zawsze trzeba krytykować każdy możliwy element - ja wyłapałam dwa, a poza tym uważam, że jest to historia z dużym potencjałem, który mam nadzieję zostanie wykorzystany również w przypadku Jesiennej Róży (zapowiadanej na 2014 rok). Polecam!
Moja ocena 5/6, 8/10
Za książkę dziękuję Business & Culture.

Tutaj macie wywiad z Abigail w DDTVN - [wywiad]
I dołączam kawałek, przy którym pisałam recenzję:

poniedziałek, 14 października 2013

Dziedzictwo - C.J. Daugherty


Tytuł oryginału: Night School. Legacy
Seria/cykl wydawniczy: Wybrani 2
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 25 września 2013
„- Ponieważ najbliższa osoba może wyrządzić ci największą krzywdę.” 

Siedzę w szkole. Jest 25 września i odliczam na lekcji języka angielskiego minuty, sekundy do dzwonka, który będzie ostatnim jaki usłyszę tego dnia. Dzwoni! Wybiegam z klasy, a w szatni w pośpiechu zakładam kurtkę i pędzę do najbliższej księgarni po Dziedzictwo. Dziedzictwo, na które czekałam z ogromną niecierpliwością przez kilka miesięcy. Sięgnęłam po książkę dopiero tygodniu, ale nie mogłam powstrzymać się przed tym, aby czytać ją powoli. Skończyłam ją w ciągu jednego dnia, a później żałowałam, bo przygoda z moimi ukochanymi bohaterami zakończyła się zbyt szybko. Jestem przekonana, że znacie to uczucie. Mam rację? Jesteście zapewne ciekawi, czego możecie spodziewać się po kontynuacji Wybranych, dlatego też nie przedłużam, a Was zapraszam do zapoznania się z dalszą częścią, tej chaotycznej recenzji.

Allie ma zacząć kolejny semestr w Akademii Cimmeria, tylko tym razem naprawdę tego chce. Zanim tam wróci zda sobie sprawę z tego, że nadal niektórzy chcą czegoś od niej. Będą to ci, którym nie ufa i których się boi. Powrót do elitarnej szkoły z internatem będzie również kolejnym wyzwaniem i szukaniem odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań. Kim tak naprawdę jest i co skrywa w sobie Nocna Szkoła? Kto jest szpiegiem działającym dla Nathaniela? I czy Isabelle gotowa jest na kolejny jego atak?

Dziedzictwo przeszło samo siebie. Przeczytałam je tydzień temu i przez ten czas nie umiałam i nadal nie umiem znaleźć właściwych słów, aby opisać tę książkę. Mogę jednak spróbować i mieć nadzieję, że chociaż w połowie mnie zrozumiecie i, co najważniejsze, że choć trochę zachęcę Was do tej sagi. Tom pierwszy wspominam bardzo dobrze i  na przestrzeni kilku miesięcy dość często wracałam do swoich ulubionych fragmentów. Nie wystawiłam tam oceny maksymalnej, ponieważ chwilami irytowała mnie główna bohaterka i Sylvain. Nawet nie wiecie jak bardzo moje zdanie na ich temat zmieniło się po przeczytaniu tej części. Kontynuacji postawiłam wysoką poprzeczkę, naprawdę wiele od niej wymagałam i nie zostałam zawiedziona. A zdarza się to bardzo rzadko. Nie wiem czy pamiętacie, jak napisałam w recenzji Wybranych, że powieść można byłoby porównać do wielu serii czy nawet serialu, w których fabuła rozgrywa się w murach jakiejś szkoły. Kojarzycie? I wtedy też zaprzeczyłam temu, bo historia opowiedziana przez Daugherty nie była powiązana z żadnym z wymienionych przeze mnie tytułów. Była czymś nowym, czymś na co warto zwrócić swoją uwagę i czymś co nie pozwala o sobie zapomnieć. Dosłownie. Chwilami miałam wrażenie, że znajduję się w środku tego całego wymyślonego świata - wszędzie widziałam ludzi, którzy to czytają, plakaty, ulotki, napisy, zdjęcia. Istny zawrót głowy. Ale to chyba właśnie dzięki temu przeżyłam okres wyczekiwania na dalszą część opowieści o Nocnej Szkole.

Przeczytałam kilka opinii o tej pozycji i aż nie mogę uwierzyć, że nikt nie przyczepił się do trójkąta miłosnego Carter - Allie - Sylvain! Serio. Spodziewałam się masy krytyki, bo schemat jest dość oklepany i już zamiast wywierać pozytywne wrażenie, zazwyczaj nas to nudzi. No cóż, nie w przypadku Dziedzictwa. Bo tutaj, moi drodzy, sama nie wiem co zrobiła autorka i jak to zrobiła, ale ten wątek nie irytował, a rozśmieszał i budził dość ciekawe emocje. Myślę, że przyczyną tego może być zmiana jaka zaszła w postaciach. Sylvain wcześniej był dla mnie mało znaczący i bardziej przeszkadzał, a dopiero pod koniec pierwszego tomu pozytywnie mnie zaskoczył. Tutaj za to nieustannie zadziwiał i muszę przyznać, że polubiłam go na równi z Carterem! Alle za to wiecznie kłamała i tym mogła zrazić do siebie większość z Was. Dla mnie jej zachowanie było trochę odmiennie od innych i fajnie było obserwować to, jak omamiła kilka osób i im wszystkiego nie mówiła. Nie jest to świat prawdziwy, więc dlaczego by nie uznać to zachowanie za wnoszące coś nowego do fabuły? Bo wniosło - więcej zgrzytów, emocji, akcji. Było z pewnością dzięki temu o wiele ciekawiej i nie dało się, chociaż na chwilę odłożyć książki na bok.

Warto wspomnieć również o wątku, który mrozi krew w żyłach, a jego realizm budzi podziw i przerażenie jednocześnie. Pisarka dzięki swojemu doświadczeniu zawarła w tej książce elementy kryminału i sensacji - dlatego też przedstawienie śmierci człowieka nie spłynie po Was jak woda po kaczce. Jestem przekonana, że te fragmenty utkwią w Waszej pamięci najmocniej. To samo można powiedzieć o opisach ucieczek, skradania się, szelestu liści - wszystko będzie prawdziwą przygodą, którą naprawdę warto przeżyć. To jeden z wielu aspektów, za które uwielbiam twórczość tej autorki. Ze zwykłej, wydawać by się mogło, historii potrafi stworzyć coś wyjątkowego, coś co pokocha rzesze miłośników literatury na całym świecie. Nawet nie muszę się zastanawiać, czy ja do nich również należę - bo to chyba jasne. Mogę pisać eseje o tym, jaka cudowna jest ta saga, a i tak miałabym wrażenie, że to za mało.

Dziedzictwo to świetnie poprowadzona kontynuacja sagi, która potrafi wywrócić życie czytelnika do góry nogami. Cieszę się, że dałam szansę temu cyklowi i dzięki temu mam szansę uczestniczyć w całej tej otoczce poświęconej twórczości Daugherty i wyczekiwać z niecierpliwością kolejnych tomów. Wybranych mogę bez wątpienia zaliczyć do tych najukochańszych serii i w każdej chwili do niej wracać. Czytać z wypiekami na twarzy o przygodach ulubionych bohaterów i próbować odkrywać na własną rękę, o co tak naprawdę chodzi autorce. Możecie być pewni, że tak Was omami, że nie będziecie wiedzieć, która to prawa, a która to lewa strona. Życzę powodzenia i  gorąco zachęcam do przekroczenia progu Akademii Cimmeria - będzie warto!
Moja ocena 6/6, 10/10

Strona autorki, polecam zajrzeć. Można poczytać o nowościach i pooglądać filmiki [cjdaugherty.com]

Wybrani:
Wybrani | Dziedzictwo

środa, 24 lipca 2013

Przygody Alexa w krainie liczb - Alex Bellos


Tytuł oryginału: ALEX'S ADVENTURES IN NUMBERLAND
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 26 kwietnia 2013
„Jeśli ktoś gra wiele gier jedna po drugiej, co całkiem naturalne, że po długiej serii przegranych pomyśli: „Następnym razem na pewno wygram''. ''

Nie cierpię matmy od najmłodszych lat - samo patrzenie na liczby wprawia mnie w zły nastrój i mam ochotę je wymazać z pamięci. A jednak po książkę sięgnęłam. Dlaczego? Ponieważ nie mogłam uwierzyć, że można odbyć podróż po cudownym świecie matematyki. Po przeczytaniu książki Alexa Bellosa zmieniłam zdanie i zaczynam patrzeć na ten przedmiot trochę inaczej.

Autor zaczyna w dość nietypowy sposób, bo przedstawia nam ciekawostki, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. Mnie zafascynowało to, w jaki sposób pisarz pokazuje nam to wszystko, a robi to z pasją i uśmiechem na twarzy. Czytając czuje się to, więc przygoda jest naprawdę udana. Będą tutaj również dowody, skąd wzięło się to i dlaczego coś nie może być takie, tylko akurat takie. Zobaczymy jak można mnożyć, nie znając na pamięć tabliczki mnożenia oraz dowiemy się o innych dziedzinach matematyki, które pełnią ważną rolę w innych kulturach. Porównamy czym różni się wiedza małego dziecka od wiedzy ludzi z plemienia Munduruku; co może zrobić szympans za przekąskę oraz przyjrzymy się jak autor prawie zmienił swoje imię!

Przyznam się, że nie wszystko oczarowało mnie w tej pozycji, jednak z pewnością mogę wymienić więcej jej zalet niż wad. Z racji tej, że do liczb nie pałam wielką miłością obliczenia i dowody nie bardzo mnie interesowały - raczej przyglądałam się im i nie rozwiązywałam ich sama w głowie. Niektórych rzeczy nie mogłam do końca ogarnąć, żebym coś zrozumiała od razu musiałabym posiąść nowy mózg. Ale nie o tym chciałam...  Zaskoczyło mnie to jak niektórzy matematycy  (albo i nie tylko!) mają kompletnego świra na punkcie cyferek, dowodów i bycia pierwszym w odnalezieniu jakiejś liczby z czegoś. Wydaje mi się, że poloniści nie mają takiego pola do popisu jak osoby z umysłami ścisłymi. Więcej do odnalezienia, udowodnienia itd.

 Ja jestem tą pozycją w większej części zachwycona, ponieważ nie spodziewałam się, że po jej przeczytaniu zmienię zdanie o swoim najgorszym przedmiocie w szkole oraz, że niektóre dziedziny jej mnie zainteresują. Osoby, które uwielbiają liczyć, powinny przeczytać tę książkę obowiązkowo - myślę, że zapałacie sympatią do Alexa i dowiecie się wielu naprawdę ciekawych i istotnych rzeczy. Ja o nich nie wiedziałam i szkoda, że nie uczą nas tak w szkołach. Tutaj jest masę sposobów na proste obliczenia, które ułatwią nam pracę i rozwiązywanie zadań, a na lekcji najczęściej wykorzystujemy jedna metodę. Matematyka może sprawiać radość, wystarczy wejść do świata Bellosa.

 Ludzie, którzy opowiadają w swoich książkach o swojej pasji muszą odnieść sukces w postaci uznania i zachwytów nad pozycją. Autorze - kolejny wędruje do Ciebie!
Moja ocena 4+/6, 7/10 
Za książkę dziękuję wydawcy.

czwartek, 2 maja 2013

Circus Maximus - Damian Dibben


Tytuł oryginału: Circus Maximus
Seria/cykl wydawniczy: Strażnicy historii II
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 20 lutego 2013

Niech zabije was ignorancja - krzyknęła do tłumu i zniknęła we wnętrzu budynku.''

Po przeczytaniu pierwszej części Strażników historii miałam nadzieję, że kontynuacja będzie lepsza i na pewno bardziej ciekawa. O ile tam na ocenę mógł wpłynąć format książki, który niespecjalnie przypadł mi do gustu, o tyle tutaj w znacznej części przyczyniły się do tego liczne mankamenty. Mogłabym nawet rzec, iż to końcówka była jedynym, pozytywnym aspektem powieści. O tym napiszę jednak nieco niżej.

Przygoda Jake'a ze strażnikami historii jeszcze się nie skończyła - tym razem jego zadaniem będzie odebranie atomium, dzięki któremu mogą podróżować w czasie. Misja jest ważna, ponieważ zasoby tej substancji jeszcze nigdy nie były tak małe. W tym celu przenosi się wraz z towarzyszami do XVIII - wiecznej Szwecji, w której wydarzy się więcej niż by tego chcieli. Ponadto dowiadują się, że Agata Zeldt chce przejąć kontrolę nad całym światem dzięki legionom rzymskim. Strażnicy muszą zrobić wszystko co w ich mocy, aby pokrzyżować jej plany, dlatego przenoszą się do Rzymu w 27 roku naszej ery, gdzie będą musieli wtopić się w tłum i przygotować plan, dzięki któremu otrzymają możliwość wygrania z najbardziej niebezpieczną kobietą w historii...

Circus Maximus to powieść bez wątpienia lekka, obfitująca w wiele przygód i szybko mknącą akcję, ale też posiadająca wiele minusów. Od samego początku książki większość elementów do siebie nie pasowała, a zachowanie głównego bohatera było sztuczne i przez to zamiast skupić się na czytaniu, ja wymyślałam historie jak spada ze statku, czy ginie z rąk sępów... Przynajmniej byłoby ciekawie i zostałabym uwolniona od bohatera, który dosłownie wszystko robi źle, później opłakuje sam siebie, po czym znowu jest świetny, gdyż udało mu się nikogo nie zabić i nic nie zepsuć! A jego przemyślenia o Topaz, dziewczynie która skradła mu serce były do potęgi entej żałosne i śmieszne. Rozumiem, że ktoś mu się może podobać, że chce ją uratować, ale przez to że nie potrafi nikogo słuchać, sam wpada w tarapaty i pociąga za sobą przyjaciół. Pomimo tego ma kilka cech, które wpływają na jego korzyść, jak na przykład odwaga, ale to tylko chwilowe przebłyski normalnego zachowania.

Język nadal jest prosty, a niektóre wypowiedzi postaci wołały o pomstę do nieba. Szkoda, że autor nie zadbał o to, aby relacje bohaterów były bardziej realistyczne... Nie mam tutaj na myśli tylko tych młodszych, ale również starszych, którzy w prawdziwym świecie na pewno nie zachowują się tak dziwacznie. Niemniej jednak warto wspomnieć o końcowych wydarzeniach, które wywarły na mnie dość duże wrażenie, a mowa tu o zgiełku na stadionie Circus Maximus i próbie wygrania z Agatą Zeldt. Zakończenie również jest zapowiedzią następnej części, w której może wydarzyć się wiele, jednak ja po nią z pewnością nie sięgnę. 

Drugi tom o strażnikach historii wypadł gorzej niż pierwszy, a miałam co do niego dość spore oczekiwania. Cykl nie jest ambitny, jedni miło spędzą z nim czas, a drudzy (tak jak ja) będą wyłapywać jakieś minusy, takie jak chociażby nie rozwijanie wielu wątków. Damiana Dibbena można jednak pochwalić za dobre przekazanie nam wielu informacji i ukazanie świata starożytnego w tak niecodzienny i świetny sposób. Dzięki temu można było podziwiać wspaniałe budynki, widoki i ludzi, którzy aż tak bardzo nie różnią się od tych współczesnych. Wiem, że wielu uwielbia tę serię i na pewno nie będę odradzać sięgnięcia po nią, bo każdy z nas ma inny gust. Myślę więc, że warto samemu przekonać się, czy historia o Jake'u przypadnie Wam du gustu.
Moja ocena 3/6, 4/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

Strażnicy historii:
 Nadciąga burza | Circus Maximus

piątek, 19 kwietnia 2013

Nadciąga burza. Strażnicy historii (audiobook CD)


Tytuł oryginału: The storm begins
Seria/cykl wydawniczy: Strażnicy historii
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 18 kwietnia 2012
„Historia zmienia się nieustannie. Nie jest jak prosta linia. To raczej skomplikowana, wciąż ewoluująca struktura.”

Nazywanie książki następcą Harry'ego Pottera nie wróży z pewnością nic dobrego i jest już dla czytelników nużące. Ile razy czytaliście coś takiego? Ja już dużo i wciskanie takich kłamstw na okładkach powieści, naprawdę zniechęca do sięgnięcia po nią. Ciekawość jednak często wygrywa, co możecie zobaczyć na moim przykładzie. Jednak tym razem zapoznałam się z opowieścią w innej formie - audiobooku. Przyznaję z ogromnym smutkiem, że się z nim nie zaprzyjaźniłam, ponieważ zamiast przyjemnie spędzać czas, ja odliczałam ile zostało do końca rozdziału...

O czym jest? Pewnego dnia ktoś porywa Jake'a Djonesa wyjaśniając jednocześnie, że jest to konieczne, ponieważ jego rodzice zaginęli i nikt nie wie gdzie mogą być. Bohater dowiaduje się kim są tak naprawdę ludzie, o których myślał, że wie wszystko. Rzeczywistość jest jednak inna i zdany tylko na siebie i grupę nieznanych i dziwnych mu ludzi, wyrusza do XIX - wiecznej Francji, później do epoki renesansu, by ratować historię przed złym Zeldtem, którego zamiarem jest zniszczenie całego świata. 

Damian Dibben wykorzystał popularny ostatnio motyw podróży w czasie, ale dodał do tego swój nowy pomysł i dzięki temu powieść stała się bogatsza i w jakimś stopniu charakterystyczna. Dzięki niej możemy podróżować po różnych epokach i dostrzegać piękno ubiegłych czasów, które na lekcjach historii z pewnością ciekawe się nie wydawały. Bo kto powiedział, że nie można uczyć się jej z przygodowych książek? Jestem pewna, że autor swoją serią zachęcił wielu czytelników do poszerzenia informacji o konkretnych wydarzeniach, które zostały tutaj wspomniane. Szkoda tylko, że nie rozwinięte. Warto zwrócić również uwagę na Punkt Zero w Historii, w którym można było podglądać przeróżne przedmioty z każdego okresu - interesujące i wywierające duże wrażenie.

Natomiast bardzo nie podobała mi się przewidywalność praktycznie każdej sytuacji, wobec czego nic mnie nie zaskoczyło, nie zadziwiło i było nudno. Drugim mankamentem jest zachowanie i wypowiedzi bohaterów - raz odpowiednie do ich wieku, a chwilę później pokazujące czystą głupotę, infantylność i małą realność w tym co robią. Dlatego też nie udało mi się do nich przywiązać czy polubić, miałam wrażenie że po prostu są i próbują uratować świat. Bez problemu mogłabym o nich zapomnieć, ponieważ niestety nie wyróżniali się niczym szczególnym, byli tacy jak większość postaci w powieściach. Dibben możliwe chciał uzyskać taki efekt, bo w końcu bohaterowie są jeszcze dziećmi, ale ktoś kto czyta ma całkowicie inny pogląd tego wszystkiego. Ponadto jeszcze wątek miłosny, który w ogóle nie pasował mi do tej opowieści i był niepotrzebny. Co to za moda, że w każdej książce muszą być nieszczęśliwie zakochani w sobie ludzie? 

Nadciąga burza to pierwszy tom serii Strażnicy historii, która zapowiada się raczej średnio. Myślę, że bardziej spodoba się ona młodszym czytelnikom niż tym starszym - ja mając zapewne dwanaście lat miałabym tę pozycję na liście ulubionych. Na koniec dodam, że mamy tutaj również walkę dobra ze złem - schemat całkowicie utarty, ale według mnie ponadczasowy i uczący młodszych jak żyć i jakie właściwe decyzje podejmować. Muszę również wspomnieć o tym, że polecam zdecydowanie bardziej książkę papierową, a nie audiobook, ponieważ mnie strasznie wymęczył i drugi raz nie popełnię już tego błędu. Na koniec stawiam 3+ i mam nadzieję, że drugiej części będę mogła wystawić ocenę wyższą.
Moja ocena 3+/6, 5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

Trailer:

wtorek, 9 kwietnia 2013

Grey przejmuje świat! - Podsumowanie trylogii

Gdybym zapytała Cię, Drogi Czytelniku, o to, czy kojarzysz trylogię Pięćdziesiąt odcieni, byłoby to bez sensu i mijało się z celem. Czytasz ten tekst, ponieważ ciekawi Cię to, czy zrównam tę serię z ziemią i niczego nowego się już nie dowiesz, a może czekasz na to, aż w końcu ktoś napisze o aspektach tej ostatnimi czasy intrygującej lektury? Na początku zdradzę Ci, że należę do tej drugiej grupy osób, które potrafiły odnaleźć dno tych książek i się na nim skupić. Oczywiście pewnie nie tylko Ty zarzucisz mi to, że tu żadnego dna nie ma. Natomiast ja będę się o to kłócić, bo gdyby go nie było, nie wystawiłabym tak wysokich ocen. Mam jeszcze jedną uwagę ‒ jeśli zamierzasz pod koniec obrażać nie tylko mnie, ale również ludzi, którym się te pozycje podobają, proszę, odpuść to sobie, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie obchodzi mnie to i nie chcę, aby inni poczuli się tym urażeni. Pamiętaj również o tym, że każdy ma inny gust i to, że Tobie coś się nie podoba, nie znaczy, że innym też musi. Jeśli już doszliśmy do tego punktu, możemy przejść do sedna tego tekstu…

Czyli do tego, jak to się wszystko zaczyna. Muszę się przyznać do tego, że zaczynając czytać Pięćdziesiąt twarzy Greya, nie wiedziałam, o czym to jest (albo raczej o kim) ‒ nie przeczytałam opisu. Nawet nie przyszło mi to do głowy, dlatego też czytanie tych pierwszych dwustu stron było ciekawe i zabawne. Pisząc jednak recenzję, muszę przedstawić Ci ogólny zarys fabuły. Poznaj więc studentkę Anastasię Steele, która jedzie przeprowadzić wywiad dla gazety z diabelnie przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. Wywiadem pierwotnie miała zająć się jej przyjaciółka, ale w wyniku choroby zrzuciła to na Anę. Mężczyzna od samego początku onieśmiela bohaterkę nie tylko swoim zachowaniem, ale również wszystkim co ich otacza ‒ bogactwem, wielkością, pracownikami. Podczas rozmowy kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że w ogóle nie jest do niej przygotowana i nic nie wie o facecie siedzącym na przeciwko niej. Nie pomaga jej również jego przeszywające ją spojrzenie i ironiczne odpowiedzi. Kiedy wywiad dobiega końca, Anastasia jest pewna, że nigdy w życiu już go nie spotka i z pewnością o nim zapomni… Składanie takiej obietnicy było jednak totalnym nieporozumieniem, ponieważ następnego dnia Christian Grey pojawia się w sklepie, w którym ona pracuje. Na dodatek proponuje kolejne spotkanie. Dość dziwny zbieg okoliczności, prawda?

Ustalmy sobie, że to jeszcze nie koniec. Pomimo tego, że wszystko zaczyna się dość ciekawie i fascynująco, dalej nie otrzymujemy kolejnego nudnego romansidła, albo też ckliwo-romantycznej powieści. Dalej zostajemy wraz z Aną rzuceni na głęboką wodę ‒ odkrywamy to, jak opętany jest Christian i jakim człowiekiem jest tak naprawdę. Czy nieśmiała, niedoświadczona i młoda dziewczyna odważy się podpisać umowę, bez której nic się nie zacznie? Czy będzie potrafiła znieść w swoim życiu mężczyznę, który nad wszystkim sprawuje kontrolę i dla którego nie ma rzeczy niemożliwych? Oraz najważniejsze ‒ co zrobi, gdy odkryje jego sekrety z przeszłości?

Drogi i Ciekawy Czytelniku, a czy ty odważysz się znaleźć odpowiedzi na te pytania? A może już znasz? Dodam tylko, że z każdym kolejnym tomem będzie ich z pewnością więcej. Przechodząc jednak do mojej opinii całej trylogii: uważam, że jest ona warta uwagi, a raczej przeczytania ‒ zdaję sobie jednak sprawę z tego, że są tam błędy i że autorka mogła inaczej to napisać, rozplanować, ale tego nie zrobiła. Nie rozumiem jednak całkowitej krytyki odnośnie samej E. L. James i jej książek. Wiele osób jest obrzydzonych tym, o czym tu przeczytało. Więc się tak zapytam ‒ po co sięgać po coś, wiedząc, że nie lubi się takich tematów podejmowanych w literaturze? Po co? Czy Ty, Drogi Czytelniku, również tak to widzisz? Bo ja od samego początku zadaję sobie to pytanie i jak widzę pewne komentarze na blogach czy portalach ‒ nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Mogę zrozumieć to, że każdy ma inny gust, mogę też przymknąć oko na to, że komuś ta powieść nie podeszła, ale obrażanie i pisanie, że ta trylogia jest tylko o seksie? Z tym się nie zgadzam i osoby, które tak piszą, według mnie właśnie skupiły się tylko na tych fragmentach, a na inne nie zwróciły uwagi. A może wstydzą się tego, że Pięćdziesiąt twarzy Greya im się spodobało? Mam wiele pytań, ale dzisiaj nie o tym.

Pięćdziesiąt odcieni to trylogia mało ambitna z wieloma rażącymi błędami, które mogą nieustannie denerwować albo (bardziej) skłaniać do rzucania książkami o ścianę. Czytanie o podskakującej wewnętrznej bogini (zaspokojonej!), czy też po dość dobrym fragmencie zobaczenie zwrotu o Święty Barnabo!, abo Rany Julek! było ogromnym wyzwaniem do kontynuowania tej przygody z jakże wspaniałym, niesamowitym i w ogóle idealnym Christianem. Nie zapomnijmy również o przygryzaniu wargi dosłownie co kilka stron, wtedy sama miałam ochotę walnąć Anę w twarz, no bo ileż można?! Przeglądając opinie innych czytelników, zauważam, że kilka osób wspomniało o nawiązaniu do Zmierzchu i pewnych podobieństwach, których ja tu nie widzę. Może dlatego, że z sagą o wampirach mam mało wspólnego, ale nawet nie przyszłoby mi na myśl, że Anę mogłabym wyobrażać sobie jak Bellę, a Christiana jako Edwarda! W życiu nie posunęłabym się nawet do myśli o czymś takim. Mankamentem są też sceny (albo fragmenty, jak wolicie) erotyczne, które moim zdaniem faktycznie były odpychające, po drodze sztuczne i w końcu nudne. Sam przyznaj mi rację, że po przeczytaniu o tym samym po raz setny w jednym rozdziale miałbyś już dość. Ja miałam i naprawdę gdyby nie było pozostałych wątków i innych aspektów ‒ przerwałabym tę zacną lekturę, ale tego (jak widzisz) nie zrobiłam.

Przyznam Ci rację, jeśli uważasz, że pierwsza część skupia się praktycznie tylko na jednym, ale dodam również, że to tutaj mają swój początek pewne tematy, o których dowiemy się więcej w kolejnych tomach. Kiedy zabrałam się za tę serię, nie spodziewałam się wiele. Ba! Byłam pewna, że zjadę ją jak wszyscy i będę zagorzałą przeciwniczką tego czegoś. Na przekór losu stałam się zwolenniczką i moglibyście wysłać mnie do szpitala psychiatrycznego ‒ mogłabym się wtedy nawrócić, ale nie wiem, czy zdołaliby do tego doprowadzić. Ciekawiło mnie poznawanie postaci Christiana Greya, jego sekretów i przeszłości, która wiele razy wywarła na mnie ogromne wrażenie, zszokowanie i współczucie. Pod koniec Pięćdziesięciu twarzy Greya się rozryczałam, nie mogłam uwierzyć w to, co się stało i jak mogło do tego dojść, dlatego następnego dnia miałam już u siebie Ciemniejszą stronę Greya. Czułam się dziwnie, właściwie przez pewien czas byłam przerażona swoim zachowaniem i inni pewnie też. Kontynuacja pierwszej części była dla mnie za bardzo cukierkowa, miałam wrażenie, że większość wydarzeń została specjalnie polana lukrem, jakby pisarka chciała pokazać nam, że życie z Greyem może być naprawdę genialne. Wyszło mało realistycznie, ponadto powtarzanie nieustannie tych samych kwestii i robienie tego dosłownie wszędzie i o każdej godzinie mocno irytowało. Aczkolwiek na zakończenie dostajemy oficjalnie zapowiedź wątku, który (bądźcie tego pewni) rozwinie się w tomie trzecim.

Mowa tu o Nowym obliczy Greya, części, która wywołała we mnie najwięcej emocji i przez którą przeszłam przez wiele etapów ‒ zwątpienia, ekscytacji, podekscytowania, zirytowania, zniecierpliwienia i tak w nieskończoność. O ile wcześniej mogłam narzekać na bardzo ubogi język, o tyle tutaj tego zrobić nie mogę, ponieważ widać wyraźną różnicę w tym, jak się on zmienił. Jasne, że od czasu do czasu nadal przeczytamy o podskakującej wewnętrznej bogini i przygryzaniu wargi, ale dużo mniej. Najważniejszym elementem tutaj są nowe wątki, które bardzo wzbogaciły i urozmaiciły tę powieść. Przede wszystkim przeszłość Christiana i to, z czym nadal walczy, czego się obawia i jakie ma słabe strony. Ana, która z nieśmiałej kobiety stała się odważną i potrafiącą zrobić wszystko dla tych, których kocha. Osoby, które wcześniej mogliśmy uważać za niewarte uwagi, teraz dadzą o sobie znać. Uprzedzam Cię, Drogi Czytelniku, że tutaj będzie się naprawdę wiele działo. Najmocniejszym punktem tej pozycji jest zakończenie, przy którym śmiałam się jak totalna idiotka i ryczałam, bo inaczej się nie dało. Nie sądziłam, że aż tak przywiążę się do głównych bohaterów i odkryję w nich coś wartego uwagi. Mogłoby się wydawać, że to niemożliwe i ja też tak myślałam. Ale zdołałam zauważyć, że ta historia nie jest tylko o jednym i tym samym, są tutaj pewne ważne tematy, o których wielu zapomina. A szkoda.

Nie powinien Cię już zdziwić fakt, że trylogia autorstwa E.L. James naprawdę przypadła mi do gustu. W chwili, w której zdałam sobie sprawę z tego, że w tej historii jest drugie dno, wszelkie jej mankamenty przestały mieć dla mnie znaczenie. Owszem, przeszkadzały. I o ile łatwiej byłoby mieć możliwość nie czytania o Barnabie, Julku i ogromnej ilości fragmentów erotycznych. Jednak przestając zwracać na to uwagę, zaczęłam coraz bardziej lubić tę opowieść. Po przeczytaniu pierwszego tomu czułam się pusta i chciałam drugi, mając drugi ‒ to samo, a kiedy skończyłam trzeci… Zaczęłam czytać pewne fragmenty od nowa. Ciekawe również jest to, że muzyka pełni dość ważną rolą w tych książkach i można ją odsłuchać w internecie. Wiele osób szaleje na punkcie Pięćdziesięciu odcieni ‒ zaczynają słuchać klasyki, robią sobie tatuaże, prześcigają się w znajomości lektury, kupują biżuterię z motywami nawiązującymi do treści. Przypomina mi to ekscytację innymi znanymi seriami, które zostały już zekranizowane, a ta jeszcze przed nami. Osobiście bardziej obawiam się jej niż cieszę z tego, ale zobaczymy, jakich aktorów przyniesie nam przyszłość. Tymczasem zostają nam książki, wywołujące wiele kontrowersji na całym świecie, które dały początek modzie na wszelakiej maści erotyki. Ja już zakończyłam przygodę z szanownym Panem Greyem i słodziutką Aną ‒ teraz pytanie do Ciebie, Drogi Czytelniku: czy ty również?

Zapraszam do dyskusji bez jakiegokolwiek obrażania. Tekst pojawił się również na:

środa, 20 marca 2013

Wybrani - C.J. Daugherty


Tytuł oryginału: Night School
Seria/cykl wydawniczy: Akademia Cimmeria I
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 6 marca 2013
„Nie wszystko jest tym, na co wygląda, a ludzie nie zawsze są tymi, za których się podają.”  

Z książkami, w których fabuła rozgrywa się w murach jakiejś akademii czy szkoły spotkał się każdy bibliofil. Dlatego też po przeczytaniu opisu Wybranych można uznać tę powieść za całkowicie przewidywalną i taką, w której już nic nowego się nie dowiemy, ponieważ autorzy wykorzystali już chyba wszystkie ciekawe zabiegi, dzięki którym mogliby nas jakoś zaskoczyć. Jednak myśląc tak, jesteście w ogromnym błędzie! Bo historia opowiedziana przez C.J. Daugherty ma w sobie tyle oryginalności, świeżości i niezwykłości, że nawet nie jesteście w stanie sobie tego wyobrazić. Na dodatek nie ma w niej żadnych paranormalnych istot - nie spotkacie tutaj wampirów, wilkołaków czy aniołów, a to już coś.

Allie po zaginięciu swojego ukochanego brata, który był również jej przyjacielem wkracza na ścieżkę, z której trudno będzie zawrócić. Dziewczyna nie radząc sobie z całym światem, popełnia masę błędów i kiedy zostaje aresztowana już któryś raz z rzędu, jej rodzice podejmują decyzję, która zmieni całe jej życie. Wysyłają ją do elitarnej szkoły z internatem - Akademii Cimmeria, która okazuje się skrywać w sobie wiele sekretów. Aby zostać tam jak najdłużej, trzeba przestrzegać całej listy zasad, a nie ułatwia jej w tym myśl, że uczniami w większości są bogate dzieci wpływowych rodziców. Kiedy pewnego dnia zostaje zamordowana jedna z uczennic, Allie uświadamia sobie, że ktoś rozpoczął bitwę, w której nie będzie łatwo wygrać. W jej odkryciu może pomóc przystojny Sylvain, albo przez nikogo nie lubiany Carter. Możecie być pewni, że będzie się wiele dziać!

Wybranych mogłabym porównać do wielu powieści czy nawet serialu - Dom Nocy, Harry Potter, Akademia Wampirów i El Internado - ale tak naprawdę podczas czytania nie miałam żadnych skojarzeń. Nie było fragmentu, w którym mogłabym stwierdzić, że to już gdzieś było. Autorka stworzyła całkowicie odmienny świat od tych, które już znamy. Jasne, nieszczęśliwa dziewczyna zostaje wysłana do szkoły, w której może sobie nie radzić - to z okładki nie zachęca, ale uwierzycie, jeśli powiem że tu jest inaczej? Bo jest i to dzięki temu nie mogłam oderwać się od historii Allie, która wciąga i nie sposób jej odłożyć. Przedstawienie śmierci człowieka jest jednym z największych atutów tej powieści, ponieważ autorka dzięki swoim doświadczeniom przybliżyła nam to wszystko z tak wielką precyzją, że dosłownie każdy poczułby się tak, jakby widział to ciało na własne oczy. Ogólnie wszystkie sceny skradania się, uciekania, wyczekiwania na odgłosy, budziły we mnie nieznane aż dotąd tak silne emocje, którym towarzyszyło szybsze bicie serca i wyraz twarzy wyraźnie wskazujący na to, że zostałam zaskoczona. A takich momentów było naprawdę wiele.

Czytając Wasze recenzje, zauważyłam że niektórym przeszkadzał trójkąt Allie - Sylvain - Carter. O trójkącie dowiedziałam się dopiero od Was, ponieważ czytając naprawdę nie myślałam nawet o tym, żeby ich jakoś połączyć. Sylvain od początku dla mnie był kulą u nogi, który pałęta się tam gdzie nie trzeba, a jedynie końcówka mnie bardzo zaskoczyła i minimalnie zmieniłam do niego swoje nastawienie. Carter to moja ulubiona postać, wyraźnie i barwnie wykreowana, przedstawiająca swą naturalność i inne cechy, dzięki którym bez wahania mogłam go polubić. Allie chwilami irytuje, ale zdarza się to rzadko i przez większość czasu można obserwować ją jako odważną i uparcie dążącą do obranych przez siebie celów. Warto wspomnieć również o Isabelle, bohaterce równie tajemniczej jak sama Akademia Cimmeria czy też Jo, która potrafi doskonale grać osobę którą tak naprawdę może nie być.

Wybrani to powieść, która łączy ze sobą elementy sensacji, intrygi, przyjaźni, miłości i całego worka zagadek - to powoduje, że czytelnik nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co ta książka z nim robi. Pozycję na pewno poleciłabym osobom, które lubią sięgać po tę ambitniejszą literaturę, a ta pozycja z pewnością do takich należy. Pisarka nie bierze miłości jako głównego wątku, ona jest gdzieś wpleciona pomiędzy inne ważniejsze tematy i nie odgrywa aż tak znaczącej roli. Ponadto C.J. Daugherty odwołuje się do pewnych wydarzeń we współczesnym świecie, pisze z wielką lekkością i potrafi nie raz rozbawić czytelnika wywołując przeogromny uśmiech na twarzy. Wybrani to mieszanka wybuchowa, po którą naprawdę warto sięgnąć, aby odkryć sekrety Akademii Cimmeria i poznać uczniów Nocnej Szkoły. Gorąco zachęcam!
Moja ocena 5+/6, 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

Trailer książki:

piątek, 23 listopada 2012

Shirley - Charlotte Brontë


Tytuł oryginału: Shirley
Wydawnictwo: MG
Data wydania: czerwiec 2011
Książka dostępna tutaj: .klik.

„Ludzkie serce potrafi wiele ścierpieć. Potrafi pomieścić w sobie więcej łez, niż ocean mieści w sobie wody. Nigdy nie wiemy, jak głębokie-jak szerokie jest nasze serce, póki nieszczęście nie napędzi nad nie chmur i nie zacznie na nie spływać czarny deszcz.”

Kilka miesięcy temu pisałam o książce jednej z sióstr Brontë - Lokatorce z Wildfeel Hall, którą odebrałam bardzo dobrze i wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Właśnie wtedy sięgnęłam po pozycję drugiej siostry - Charlotte Brontë z wysokimi oczekiwaniami i na początku się niestety zawiodłam. Nie umiałam, nie mogłam wczuć się w tę historię - początek czytałam, ale nie wiedziałam o czym i powtarzałam to kilka razy. Tak było przez dłuższy czas i właśnie dlatego tak długo ,,męczyłam'' Shirley. Od czasu do czasu miałam ochotę wgłębić się w świat stworzony przez autorkę, ale trwało to dość krótko, bo po kilku kartkach odpuszczałam to sobie. I któregoś dnia postanowiłam, że w ten weekend muszę ją przeczytać. I przeczytałam. I podobało mi się. Dziwne, prawda? Ale tak właśnie było, o czym napiszę trochę niżej.

Teraz krótko o postaciach jakie można spotkać na kartkach tej powieści i jak się ze sobą wiążą. Przede wszystkim należy zacząć od samego Roberta Moore'a, bo wszystko dzieje się właściwie wokół jego osoby. Jest młodym przedsiębiorcą, który przez sprowadzenie do swojej fabryki maszyn naraża się ludności, a przez to doczekuje się zamachu na swoje życie. Kolejną ważną postacią jest nieśmiała Caroline Helstone, która mieszka ze swoim stryjem i której serce należy do Roberta. On mimo tego, że czuje coś do Caroline, wie że nie może z nią być, ze względu na kłopoty finansowe i najlepszą osobą, z którą powinien się ożenić jest Shirley. Shirley to tytułowa bohaterka, która jest jedną z najbardziej zamożnych i dumnych dam w miasteczku, a serce jej należy do ubogiego Louisa, który zajmuje posadę guwernera w rodzinie jej wuja. Natomiast on przez świadomość przepaści majątkowej jaka ich dzieli nie jest w stanie wyznać jej tego co naprawdę do niej czuje. Czy mimo przeciwności połączą się ze sobą?

Charlotte Brontë większość z Was kojarzy, pewnie większość też czytała jej inną bardzo popularną książkę Dziwne losy Jane Eyre. Sięgając po Shirley miałam wysokie oczekiwania ze względu na to, że jej siostra poczęstowała mnie całkiem wybornym daniem głównym, a na deser chciałam równie coś dobrego. Dostałam to (jak się później okazało), tylko jednak odrobinę gorszego. Nie czytałam tej sławnej i klasycznej powieści Charlotte, więc nie wiedziałam jaki ma styl, ale po przeczytaniu licznych recenzji wiem, że jej kultowa powieść jest nazywana tak nie bez powodu. Moje pierwsze spotkanie zaliczam do udanych, niemniej jednak myślałam, że będzie ono bardziej owocne i ciekawsze. Sądziłam, iż zostanę wciągnięta w wir wydarzeń już na samym początku, a początek jak już wiecie bardziej mnie męczył niż sprawiał przyjemność. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do obszernych opisów i pod koniec doszłam do wniosku, że czytanie ich ma w sobie jakiś urok i dzięki temu nie nudziło mnie to, a bardziej ciekawiło i uspokajało. Bo Shirley jest napisana w taki sposób, że czytelnik czytając ją zatrzymuje się na chwilę, czas zwalnia i wszystko jest inne, bardziej wyraziste.

Kreację bohaterów uważam za całkiem interesującą, ponieważ mogłam zmierzyć się z naprawdę wieloma osobowościami i sama zdecydować, czy odpowiada mi dana postać czy wręcz przeciwnie. Zmieniałam też zdanie kilka razy w ciągu całej lektury, bo każdy się zmieniał, stawał się bardziej wyrazisty albo bardziej płytki swym zachowaniem. Ogólnie rzecz biorąc Charlotte Brontë stworzyła barwne i ciekawe postaci - nie było bohatera o którym nie wiedziałabym kompletnie nic. Pisarka potrafiła rozpisać się na kilka stron o życiu danego z nich, dzięki czemu powieść stawała się bogatsza, a ja jako czytelnik mogłam później porównywać opisane życie i to jakim w nim był człowiekiem z teraźniejszością, z tym jaki jest teraz, w tej chwili. Całkiem ciekawy zabieg. Z niecierpliwością wyczekiwałam fragmentów, które poświęcone były samej Caroline, albo jej i Robertowi, tak jak i Shirley, a później jej i Louisowi. Każdą z tych postaci bardzo polubiłam i naprawdę trudno było pod koniec się z nimi rozstać..

Shirley to powieść, dzięki której zwolniłam tempo i zaczęłam dostrzegać ciekawe elementy życia, które wcześniej uciekały mi w zgiełku dnia codziennego, mijającego w błyskawicznym tempie. Mimo niezbyt udanych początków, sądzę że warto sięgnąć po tę pozycję. Poleciłabym ją przede wszystkim fanom Charlotte Brontë - recenzowana przeze mnie książka będzie idealnym dopełnieniem jej twórczości w Waszych biblioteczkach. Osobom, które wcześniej nie miały styczności z autorką również polecam Shirley, jednak zachęcałabym na początek przeczytać Dziwne losy Jane Eyre, która jest na pewno bardziej wartościową książką, która nie bez powodu zyskała taką popularność i uznanie wśród czytelników. Myślę, że wielbiciele XIX wieku również c chęcią przeczytają o losach czwórki głównych bohaterów. Jeśli jesteście niedowiarkami i wmawiacie sobie, że klasyka jest nudna, puknijcie się w swoje czółka i zapoznajcie się z piórem Charlotte. 
Moja ocena 4+/6, 7/10
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu MG! :)

Skojarzyło mi się z Shirley:)